Polacy swej ludowej tradycji zazwyczaj się wstydzą, a korzystają zeń jedynie w sytuacji, kiedy stanowi usprawiedliwienie dla chamstwa.
REKLAMA
Nieoceniony Kitowicz pisał: „Lud wiejski, dosyć wiernie trzymający się obyczaju starego, pocieszny wyprawia dyngus alias śmigus, a mianowicie koło studzien. Parobcy od rana gromadzą się, czatując na dziewki, idące czerpać wodę i tam, porwawszy między siebie jedną, leją na nią wodę wiadrami, albo zanurzają ją w stawie, a niekiedy w przerębli, jeżeli lód jeszcze trzyma. W miastach oblewanie się wodą nie jest powszechnie przyjętym.” Skoro śmigus dyngus jest tradycją ludową, to właściwie czemu mnie gniewa jego huczne obchodzenie? Bo Polacy swej ludowej tradycji zazwyczaj się wstydzą, a korzystają zeń jedynie w sytuacji, kiedy stanowi usprawiedliwienie dla chamstwa.
Każdy kto bywał na chłopskich weselach spostrzegł, że nie da się na nich uświadczyć strojów i zwyczajów ludowych. Spotkać na takiej imprezie kobietę w wyszywanym czepcu, chłopa w filcowym kapeluszu, pacholęta w lnianych porciętach – niedoczekanie. Wąsaci gospodarze odziani w świecące garnitury, ich małżonki w garsonkach o zazwyczaj niezbyt szczęśliwie dobranych kolorach – wszyscy oni bawią się najchętniej przy szlachecko brzmiących pieśniach w stylu „Hej sokoły!”, tudzież obcojęzycznym repertuarze Boney M. Jedyne ludowe akcenty muzyczne to albo góralszczyzna (o czym za chwilę), albo wyjątkowo swawolne piosenki o treści wyjaśniającej na jakiej to zasadzie dziura w płocie skutkuje zajściem w ciążę. Nikt nie zaśpiewa ludowych piosenek, bo ich nie zna, a nawet jak zna, to się wstydzi.
Podobnie rzecz się ma z innymi przejawami życia i twórczości ludowej. Weźmy na przykład architekturę. Wciąż mało się buduje funkcjonalnych domków o znośnej, to jest lekkiej optycznie, bezpretensjonalnej architekturze. Niepodzielnie króluje model domu mający nawiązywać do dworu – bez względu na kształt bryły budynku, nieodzowny jest fronton wsparty na kolumnach. Albo polityka. Wciąż żywo mam w pamięci zjazd Samoobrony odbywający się w Sali Kongresowej. Politycy tej bezsprzecznie chłopskiej partii chcąc rekwizytami zamanifestować swe buńczuczne nastawienie wystąpili trzymając w rękach... szable. Nie pamiętam już, czy mnie to bardziej zdumiało, czy oburzyło. Wszak chłopi polscy mają w swej tradycji tak piękny rozdział kościuszkowski, że aż dziw, że nie wystąpili z kosami na sztorc stawianymi. Przyznam, że na widok tych aroganckich włościan machających bez należnego szacunku szablami, odezwał się we mnie gniew wnuka kawalerzysty. Z ust moich padły, Boże odpuść, słowa mało demokratyczne. Cóż, każdy stan miał swe przywary i trudno, byśmy ich nie dziedziczyli. Mówię bom smutny i sam pełen winy.
Co każe chłopom (krzykliwie manifestującym swą chłopskość!) brać do rąk szable, budować swój dom na podobieństwo dworku, bawić się w strojach kopiujących gust podmiejskiego bazaru? To głębokie kompleksy sięgające nieodległych czasów pańszczyzny. Dowód na to jest prosty: dość powiedzieć, że jedynym regionem Polski o autentycznie żywym folklorze jest Podhale. Na Mazowszu czy w Wielkopolsce obowiązującym kategorycznie strojem ślubnym jest dla pań: suknia typu beza, dla panów: fantazyjny zazwyczaj smoking i szpiczaste pantofle. Podczas samej uroczystości weselnej obyczaje panują gminne, ale jakże odległe od czystej formy ludowego pierwowzoru. Dla przeciwieństwa: na Podhalu większość par młodych, oraz ich gości występuje w strojach ludowych, śpiewają góralskie piosenki, kultywują ludowe zwyczaje weselne, z których nie wszystkie można polecać osobom o słabych nerwach. Otóż ten wyjątek na skalę ogólnopolską tłumaczyć należy nie czym innym, jak faktem, że górale nigdy nie byli chłopami pańszczyźnianymi. Nie wspominają bicia po pysku i razów ekonoma - wręcz przeciwnie, z tęsknotą śpiewają o uskutecznianym niegdyś zbójowaniu.
Biadam nad zatratą ludowych tradycji, która wynika z kompleksów potomków poniżanych niegdyś chłopów. Jednak czemuś drażni mnie i gniewa hucznie obchodzony w miastach śmigus dyngus, który uznawany bywa za odrodzoną pośród blokowisk włościańską tradycję. Czemu nie cieszyć się, że młodzież swawoli wokół przeciwpożarowych hydrantów? Bo tak, jak powierzchownie kopiowane tradycje szlacheckie wykoślawiają się i przybierają formy kabaretowe, tak i włościański śmigus dyngus staje się świętem chamstwa. Oblewanie osób starszych, czyhanie - by nalać wody do wnętrza samochodu czy mieszkania znajdującego się na parterze. Cóż to ma wspólnego z choćby najbardziej przaśnym wydaniem ludowych obrzędów? Ja się nie oburzam renesansem chłopskich tradycji, bo miejska wersja lanego poniedziałku nim nie jest! Wszak ani Kitowicz, ani inny dziejopis nie wspomina, by onegdaj zlewano wodą ze studni starców, dojrzałe matrony, dzieci. Sednem niegdysiejszej swawoli były rozgrywki męsko-damskie. Któż mi zatem wyjaśni, jak w tym kontekście mam sobie wytłumaczyć wylanie wiadra wody na podróżująca tramwajem siedemdziesięcioletnią staruszkę? Taki to psikus wyrządzono niegdyś mojej babce, czego omal nie przypłaciła zapaleniem płuc
Wiem, że moje pomstowanie szczerze by rozbawiło osiedlowych chuliganów. Pozostawiam ich zatem czujnej pieczy policji, zaś do reszty społeczeństwa apeluję, by chamskie wybryki nie wzbudzały w nas rozbawiania, byśmy nie pozostawali wobec nich z pełnym sympatii pobłażaniem. Tak jak bicie po mordzie cudzoziemskiego kibica nie ma nic wspólnego z tradycją patriotyczną, tak oblewanie postronnych wodą nie ma nic wspólnego z tradycją ludową.
