REKLAMA
„Wieczorem owego pierwszego dnia tygodnia, tam gdzie przebywali uczniowie, drzwi były zamknięte z obawy przed Żydami. Jezus wszedł, stanął pośrodku i rzekł do nich: Pokój wam.” /por. J 20,19 /
Media jakiś czas temu opowiadały o człowieku, który od lat przemierza świat zupełnie goły, okryty jedynie paskami swojego plecaka. Oto obnoszona publicznie cała, naga prawda o nim. Dawno, dawno temu, ulicami miast wędrowały pokutne procesje biczowników chłoszczących się i pokutujących za własne grzechy na oczach gawiedzi. Krakowski duszpasterz Ormian wydał ostatnio książkę nawiązującą niejako do obu przytoczonych powyżej przykładów. Tym razem jednak ten ksiądz nie prawdę o sobie, ale prawdę o innych postanowił rozgłaszać na placach i rogatkach miast. Kłopot z gołymi, wędrującymi alejkami parku mają raczej spacerujący tymiż alejkami postronni, a zwłaszcza rodzice prowadzący wśród takich widoków swoje dzieci. Komu potrzebna taka goła prawda? Taki ekshibicjonizm? Na wszystko na tym świecie jest oczywiście miejsce i nic, co ludzkie, nie powinno nam być obce. Udało się jednak ludziom wypracować przez wieki zasady, według których nie wszędzie i nie wszystko się upublicznia. Co innego ujawnię przed lekarzem, co innego u kratki konfesjonału, a jeszcze co innego wyznam tylko najbliższej sercu osobie. Są jednak i takie tajemnice, które dostępne będą tylko Najwyższemu. Pokora jest ponoć prawdą o nas samych ale ostentacyjne obnażanie się wobec innych nie ma z prawdziwą pokorą nic wspólnego. Zaś obnażanie innych może się okazać zbrodnią przeciwko dobrze rozumianej miłości bliźniego.
Dawno temu, podczas nabożeństwa pokutnego, które zgromadziło kilkuset księży i kleryków, ksiądz prymas Glemp odszedł od ołtarza i klęknął przy pierwszym z rzędu konfesjonale, by pojednać się z Bogiem. Niby publiczne przyznanie się do grzechów, ale w miejscu i formie, które są po temu. Czytałem wiele lat później długi wywiad z księdzem prymasem, podsumowujący jego kierowanie Kościołem w Warszawie i w Polsce. Widać było w tamtych słowach człowieka zmagającego się z przeciwnościami, z własną słabością, z głęboko niejednoznacznym otoczeniem, z historycznymi realiami, z polityką. Ale nie dostrzegłem tam wskazywania palcem winnych jego własnych potknięć, wrogów, którzy utrudniali mu posługiwanie albo i łatwego ostatnio zrzucania odpowiedzialności za własne winy na podstępne działanie diabła w Kościele. Za małą mam wiedzę, by prymasowskie wyznania weryfikować, podważać, podawać w wątpliwość lub wręcz deprecjonować. Chylę głowę przed człowiekiem, który próbuje zdać sprawę ze swego włodarstwa. Bez publicznego chłostania siebie lub innych, ale i bez obnoszenia się z tym, czego ludzie zwykli się wstydzić.
Za zamkniętymi drzwiami naszych domów, urzędów, rodzin, naszych instytucji i naszych własnych umysłów zdarza się całe mnóstwo zachowań i słów, których lepiej nie ujawniać. Jeśli są one regułą, należy się im przeciwstawiać. Jeśli prowadzą do krzywdy bezbronnych - zobowiązani jesteśmy reagować. Ale jeśli są kolejnym przejawem ludzkiej słabości, z którą staramy się zmierzyć, opanować, okiełznać, to nie wywieszajmy takich zdjęć w publicznych miejscach. Nie będzie to dowodem dwulicowości, zakłamania i hipokryzji, ale dlatego, że wyrwane z kontekstu mogą one zniesławić, zniszczyć, przekreślić nieodwracalnie. To mogłaby być naga nieprawda o nas. Jakże często wyrywa się człowiekowi słowo, którego potem całe życie żałuje. Jakże wielu z nas chciałoby cofnąć jedno spotkanie, jedną gwałtowną reakcję, jedno trzaśnięcie drzwiami. Dziś coraz powszechniej media karmią nas taką padliną. Niektóre nawet specjalizują się w preparowaniu tego rodzaju pikantnych doniesień. Gdyby publicznie ogłaszać każdą małżeńską kłótnię, większość małżeństw rozpadłaby się prawie natychmiast. Gdyby oczy społeczności skierować na jeden choćby grzech wskazanej osoby, moglibyśmy zniszczyć tego człowieka na zawsze.
Jezus wszedł do wieczernika mimo drzwi zamkniętych. Wszedł nie stukając, nieproszony, niewypatrywany z utęsknieniem. A przecież przyszedł w kilkanaście godzin po tym, jak kobiety opowiedziały apostołom, że On żyje. Oni już widzieli pusty grób i całun, i chustę. A jednak relacja z tamtego spotkania jest tak lakoniczna, że z trudem potrafimy je sobie wyobrazić. Przecież nie pojawił się tylko po to, by im pokazać przebite gwoźdźmi ręce i rozorany włócznią bok. Co im jeszcze powiedział? Co oni powiedzieli do Niego? O czym rozprawiali, zanim przyszedł i co się w tych rozmowach zmieniło, gdy odszedł od nich? Czy Go o coś zapytali? Czy im coś o tamtych godzinach na krzyżu i w otchłani opowiedział? Jak długo był z nimi tego wieczora i dlaczego z nimi nie pozostał? Darujmy sobie ciekawość, wścibstwo, podejrzliwość. Skoro On potrafił uszanować to, co działo się za zamkniętymi drzwiami, to może warto wziąć z Niego przykład.
