REKLAMA
„Jezus powiedział do swoich uczniów: Każdą latorośl, która we Mnie nie przynosi owocu, Ojciec mój odcina. Ten, kto we Mnie nie trwa, zostanie wyrzucony jak winna latorośl i uschnie. Zbiera się ją i wrzuca do ognia i płonie.” / por. J 15,2 i 6 /
Grzebanie w popielniku do najciekawszych zajęć nie należy. Choć zdarzają się czasem jakieś niezwykłe odkrycia w jego trakcie, to są one tak rzadkie, że jeszcze nikt nie wymyślił specjalnego kierunku studiów dla kominiarzy i palaczy w piecach. Trzeba mieć niezwykłą wyobraźnię i wrażliwość, by zasłuchać się w opowieści iskiereczki, co to z popielnika mruga i takich pośród nas jest niestety niewielu. Popiół to ślad rzeczywistości, którą ogień przemienił nie do poznania. Oczywiście i w tej dziedzinie osiągnięcia ludzkiej myśli są ogromne i specjalistom garść popiołu, i to nawet popiołu starego jak świat, może opowiedzieć niejedno. Do ogromnej większości z nas nie powie jednak nic, albo prawie nic.
Gdy więc wziąłem do ręki książkę rozesłaną chyba większości katolickich księży w naszym kraju przez pewne ultrakatolickie stowarzyszenie, poczułem, jakbym spotkał specjalistów od czytania z fusów, grzebania w popiołach i opowiadania historii z zaświatów. Język tej publikacji nie jest najwyższych lotów, więc i treści nim przekazywane nie budzą szczególnego zaufania. Kto zagląda do piekieł, kto przekazuje innym listę lokatorów otchłani, kto został dopuszczony do tajemnic ludzkiej nieprawości - albo musi być święty, albo jest zadufanym w sobie głupcem. Kościół odważa się, a i to z coraz większą ostrożnością, wymieniać imiona niektórych zbawionych. Jednak ci, którzy decydują się nazywać po imieniu potępionych, niewiele mają wspólnego z prawdziwym Kościołem, choćby w kościelne ubierali się szaty i kościelnymi podpisywali tytułami.
Ostatnio jeden z reżyserów, który wsławił się publicznym zniesławianiem na katolickim uniwersytecie zmarłego katolickiego biskupa, uhonorowany został nagrodą przyznawaną przez wydawców katolickich. Niestety ten Feniks nie powstał z popiołów, ale dzięki takiej decyzji w popiół się obrócił. Katolicka nobilitacja w tym przypadku i nagrodzonemu, i nagradzającym wstyd raczej, niż honor przynoszą. Kościół próbuje, co prawda, wyznaczyć kryteria, dla których ktoś lub coś może posługiwać się tytułem – katolicki, ale historia pewnego radia i pewnej telewizji w naszym kraju dowodzą, jak trudno te zasady wyegzekwować.
Jeśli nasz Pan zstąpił do piekieł, to nie po to, by sprawdzać tam listę obecności i ją następnie zaufanym mediom przekazać. Zstąpił do piekieł, by nawet tam szukać zbłąkanych. Katolickim więc będzie ten, kto zagląda w tamte przepaści w tym samym co On celu. My, ludzie, widzimy tylko wybrane sceny z życia, niektórzy stają się świadkami śmierci, a nieliczni mają odwagę oglądać proch, który z umarłych pozostaje. Bóg widzi to, co zwykłym śmiertelnikom umyka, a co Magisterium Kościoła odnajduje z wielkim trudem i niczym rozsypaną mozaikę układa pod natchnieniem Ducha. Gdy czytam lub słyszę kolejne opowieści o potępionych wymienianych z imienia i nazwiska, budzi się we mnie litość wobec tych samozwańczych apostołów głoszących prawdy tylko im objawione. Święta Matka Teresa przed śmiercią doznawała piekielnego osamotnienia, pustki kojarzącej się jej z otchłanią potępienia. Jakoś jestem spokojny o jej wieczność. Podobnie spokojny jestem o biskupa Życińskiego. O życie wieczne dla tych bufonowatych pyszałków też się specjalnie nie martwię. Bóg zbawia głupców, choć to wymiar miłosierdzia kojarzący się raczej z wyrozumiałą litością. Martwię się jednak o pozostałych, którzy nawiedzonych głupców spotykają na swojej drodze i przynajmniej niektórzy z nich mniemają, że spotkali prawdziwe oblicze Kościoła.
Pedagogika strachu nie zapełni naszych świątyń. Perspektywa ognia piekielnego, biskupiej ekskomuniki, czy choćby pohukiwanie proboszcza, nie sprawią, że kuso odziana dziewczyna, zarabiająca na polance przy trasie szybkiego ruchu, okryje się zakonnym habitem. Kazanie o piekielnych skutkach alkoholizmu, wygłoszone w sklepie monopolowym, wzbudzi raczej rozdrażnienie i śmiech niż decyzję zerwania ze zgubnym nałogiem.
Jakiś czas temu straszliwy pożar strawił ogromne obszary lasu w okolicach Huty Pieniackiej. Uczeni zastanawiali się, ile dziesięcioleci potrzebuje przyroda, by powróciło życie na tamto pogorzelisko. Wbrew pesymistycznym prognozom, przyroda zaczęła się odradzać prawie natychmiast i to z niezwykłą siłą. Czy Bóg potrafi z tych bezowocnych, uschłych i płonących latorośli wskrzesić życie, które nie będzie wiecznym zgrzytaniem zębów, ale wyda swój owoc? To nie byłby owoc heroiczności cnót, wytrwałości postanowień i męstwa w wyznawaniu wiary. To mógłby być owoc miłosierdzia zasianego w popiele. Wierzę, że to możliwe.