REKLAMA
„ Jezus powiedział do swoich uczniów: Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Wytrwajcie w miłości Mojej.” / J 15,9 /
Wytrwałość kojarzy się raczej z czymś wymagającym trudu, zaś miłość z przemożną siłą, której trudno nie ulec. Ogromna większość narzeczonych, pytanych dlaczego chcą zawrzeć związek małżeński, odpowiada krótko i bez dodatkowych wyjaśnień - bo się kochamy. Miłość potrafi połączyć ludzi, którzy wiele lat znali się i byli sobie obcy, mijali się bez jakichkolwiek emocji, a nawet potrafili sprawiać sobie nawzajem przykrości. Miłość potrafi wykrzesać z lenia siódme poty, a z chciwca ostatni grosz dla kochanej osoby. Miłość potrafi okazać swoją potęgę, potrafi zadziwić i pociągnąć ku nieosiągalnym dotąd wyżynom. Potrafi, i wielu z nas było świadkami takich niezwykłych jej owoców. Ale to, że Jezus otworzył oczy niejednemu niewidomemu, wcale nie znaczy, że wystarczy niezachwianej wiary w Jego moc, by spotkanie z Żywym Jezusem pod postacią chleba wyzwoliło tysiące ludzi cierpiących z powodu ślepoty. Wierzę, że pięciu chlebów wystarczyło Nauczycielowi z Nazaretu, by cudownie nakarmić tysiące słuchających Go na pustkowiu. Nie proponuję jednak, by zwoływał głodujących w tylu zakątkach świata do świątyń chrześcijańskich, aby tam na modlitwie oczekiwali pożywnej manny z Nieba. To, że Jezus zmartwychwstał i obiecał życie wieczne swoim wyznawcom, wcale nie znaczy, że powinniśmy wybrać się na pielgrzymkę z biletem w jedną stronę do kraju w którym chrześcijan mordują. Bardzo proste zasady nie przestają być trudne, uproszczona terapia nie leczy a zwodzi. Tak właśnie bywa z miłością. Jest ona cudowna, ale wymaga wytrwałości i cierpliwości, i przebaczania. Nie da się nią zaszczepić raz na zawsze, albo odbyć przyspieszonej aktywnej kuracji, by napełnić się miłością aż po grób. Wystarczy przesiać nasze relacje wzajemne przez hymn o miłości zapisany przez apostoła Pawła, by zobaczyć, jak niewiele w nich miłości.
W niektórych diecezjach wprowadzane jest dłuższe niż dotychczas przygotowanie do zawarcia sakramentalnego małżeństwa. Tu i ówdzie wymagane jest kilkukrotne odwiedzenie przez narzeczonych certyfikowanej poradni rodzinnej. Kursy, szkolenia, prelekcje, rekolekcje. Oprawiony w pozłacaną ramkę dyplom, z pieczęcią i czyimś własnoręcznym podpisem, można będzie powiesić na ścianie małżeńskiej sypialni. To jednak nie zagwarantuje miłości tych dwojga nie tylko do złotych godów, ale nawet do przyszłego roku. Miłość jest przykazana, więc choć cudowna, wymaga od miłujących wytrwałości i trudu. Coraz więcej małżeństw, również tych zawartych przed ołtarzem po zatwierdzonych i potwierdzonych długotrwałych przygotowaniach, rozpada się. Coraz więcej w naszym kraju związków nieformalnych przypominających małżeństwo i niektórym małżeństwo zastępujących. Na światło dzienne wychodzą liczne przypadki przemocy w przykładnych na pozór rodzinach. Jak im wszystkim pomóc? Jakiego lubczyku poświęconego w dzień świętego Walentego zaaplikować im wszystkim, by reanimować ich miłość i zabezpieczyć na długie lata? Pan mówi - wytrwajcie w miłości, to jest Moje przykazanie. Przykazuje, ale nie wyposaża w cudowne na miłość zaklęcie, eliksir czy choćby modlitewną formułę.
Na jednej z oficjalnych katolickich stron internetowych można było zapoznać się w ostatnich dniach z taką właśnie receptą na pojednanie, na przezwyciężenie nienawiści, na obronę przed niebezpieczeństwami, na miłość prawie powszechną. Wystarczyło czterech dni i nocy wspólnej modlitwy różańcowej, by pociski wystrzelone z moździerzy stały się niewybuchami, by helikoptery zobaczyły z wysoka krzyż i zawróciły do bazy ze swym śmiercionośnym ładunkiem, by czołgiści kwiaty wetknęli w lufy czołgów, a okrutny dyktator ustąpił. Jaka szkoda, że tej recepty nie znali nasi przodkowie w pierwszych dniach września 1939 roku albo powstańcy warszawscy. Można by wtedy zaoszczędzić Ojczyźnie naszej tylu cierpień, krwi przelanej, i zbudować na tej ziemi cywilizację miłości. Można by również narzeczonym zaproponować takie przygotowanie do miłości wiernej, a posiniaczonym małżonkom i dzieciom dać do ręki oręż bezpieczny i skuteczny ku obronie.
Ludzie tracą wiarę, gaśnie w nich nadzieja, a bywa, że miłość znika bez śladu. By do ich grona nie dołączyć, by pomóc tym, co doznali takiej straty i zabezpieczyć innych przed podobnym doświadczeniem, potrzeba świadectwa wytrwałej miłości. Czy od ludzi Kościoła w naszym kraju mogą się takiej miłości uczyć wierni i niewierni? Czy wezwanie do takiej miłości usłyszą od swoich proboszczów, biskupów, katolickich publicystów? Gdzie dziś ludzie spragnieni prawdziwej miłości mogą jej szukać, uczyć się jej, by ją naśladować?
Zanim owego znienawidzonego dyktatora obalił lud wierny orężem różańca, Jan Paweł II spotykał się z nim wielokrotnie i dziś tylko Bóg jeden wie, o czym toczyli długie rozmowy. Prowadził Jan Paweł II długie rozmowy z dyktatorami i z ludźmi, o których wielu mówi, że mieli krew na rękach. Rozmawiał z człowiekiem, który strzelał do niego, by go zabić. Czy ludzie Kościoła w Polsce dają nam dziś podobny przykład do naśladowania?