REKLAMA
„Jezus powiedział do apostołów: Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu. Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony, a kto nie uwierzy, będzie potępiony. Tym zaś, którzy uwierzą, te znaki towarzyszyć będą: W imię moje złe duchy wyrzucać będą, nowymi językami mówić będą, węże brać będą do rąk i jeśliby co zatrutego wypili, nie będzie im szkodzić. Na chorych ręce kłaść będą i ci odzyskają zdrowie.” / Mk 16.15-18 /
Te słowa, ostatnie słowa wypowiedziane przez Jezusa przed Jego odejściem do domu Ojca, nazywane są nakazem misyjnym. To cudowna obietnica, ale jednocześnie niezwykły weryfikator wiary pozostawiony Kościołowi przez wstępującego do nieba Mistrza. Nad tymi słowami warto się pochylić również z innego powodu. Można się na nich uczyć właściwego odczytywania orędzia pozostawionego nam przez Jezusa z Nazaretu. Słowa Ewangelii są dla nas jedynym nośnikiem tego orędzia. Od odchodzącego Jezusa nie słyszymy nakazu adoracji całunu pośmiertnego, oprawiania w złoto kawałków drzewa krzyża i budowania bazylik w miejscach po których stąpał. Świat czeka na Dobrą Nowinę. Zanieście światu Ewangelię, by błąkający się w ciemnościach zobaczyli światło. Historia Jezusa z Nazaretu była tak poruszająca, że wystarczyło jednej opowieści o Nim, aby dworzanin królowej etiopskiej, Kandaki, natychmiast poprosił o chrzest. Świat naprawdę czeka na Dobrą Nowinę. Tylko jak ją światu opowiedzieć, by ją przyjął za swoją? Od wieków Kościół opowiada Ewangelię mieszkańcom Europy, a choć dziś ma do dyspozycji coraz więcej technicznych, politycznych i materialnych możliwości, to skutki tego głoszenia są raczej wątpliwe. Nie tylko nie widać rzesz proszących o przyjęcie do Kościoła, ale wręcz przeciwnie, coraz liczniejsi są ci, którzy z Kościoła odchodzą.
Gdyby całość tego krótkiego orędzia misyjnego przyjąć dosłownie, to dla sprawdzenia wiary tych szeregowych i tych duszpasterzujących członków Kościoła, należałoby nas częstować pucharem jadowitej trucizny i to wcale nie podstępnie, ale jawnie i publicznie. Wszak kto uwierzy, temu trucizna nie zaszkodzi. Czyż nie to wyczytaliśmy w tych słowach? Nie wspominam tu o zdesperowanych chorych, wobec których słudzy Eskulapa bezradnie rozkładają ręce, i takich, którym szkoda pieniędzy i czasu na wizyty w szpitalach, klinikach i sanatoriach. Idź do tego wierzącego, włoży na ciebie ręce i będzie po bólu. Bezpłatnie, szybko i skutecznie. Zbyt upraszczam? Nie, po prostu pokazuję, dokąd zaprowadzić może dosłowność w przyjmowaniu słów natchnionych. Ale jeśli tych obietnic nie należy przyjmować tak, jak brzmią one w naszych uszach, to może i poprzednie zdanie należy usłyszeć i przyjąć z podobną ostrożnością i rozwagą? Kto więc będzie zbawiony i co to znaczy być potępionym według zapowiedzi Jezusa? Słowa Mistrza z Nazaretu mają nam posłużyć niczym klucz do otwierania zardzewiałych zamków ludzkich sumień, by ludziom dźwigającym ciężar ponad siły przyjść ze skuteczną pomocą. To nie maczuga, którą mamy prać po głowach heretyków, schizmatyków, ateistów i przeciwników ojca dyrektora oraz wielkich dzieł jego. Jak się dostało do ręki taki klucz, to zamiast go oprawiać w złoto i układać na atłasach, pora ruszać w drogę, by choć spróbować otworzyć to, czego innym otworzyć się nie udało. Ewangelia to cudowny ogród, w którym jest miejsce dla każdego. Mamy zapraszać i wprowadzać do tego ogrodu. Rolę strażników tego ogrodu pozostawmy aniołom, poradzą sobie bez naszej pomocy.
Europa, a w niej Polska, ciągle oczekują na świadków wiary. Takich, co to głoszenie Dobrej Nowiny odkryją jako swoje życiowe powołanie. Może nie będą sprawnymi administratorami. Może nie poradzą sobie z wypełnianiem różnorakich formularzy kurialnych sprawozdań i wniosków o unijne fundusze. Może świat i wielu ludzi Kościoła uzna ich za naiwnych prostaczków, którzy nic a nic nie orientują się w mechanizmach rządzących współczesnością. Zapewne tak będzie. Ale już dziś widać gołym okiem, że te sprawne mechanizmy Kościoła i świata wielu ludziom nie wystarczają.
Żeby zanieść innym Ewangelię, najpierw należy ją samemu odnaleźć. By ją głosić z wiarą, najpierw należy w Nią uwierzyć. Głosicielowi Dobrej Nowiny przyda się oczywiście znajomość języków obcych, w tym greki i hebrajskiego. Dobrze jest głosić Ewangelię sięgając do zrozumiałego dla słuchaczy języka przyrody, sztuki czy ludzkich przeżyć. To dobre drogi, by trafić do słuchaczy z orędziem Dobrej Nowiny. Na nic się jednak nie przydadzą te narzędzia, jeśli orędzie przestanie być oczekiwaną przez słuchaczy dobrą nowiną. Ostatnio jeden z polskich biskupów, chcąc zainteresować słuchaczy treściami, które do nich głosił, sięgnął do dziedzictwa znanych postaci z historii. Nie cytował tym razem Seneki, Augustyna czy Majmonidesa. By głosić wiernym Dobrą Nowinę sięgnął w swej homilii do wystąpień Adolfa Hitlera i porównywał działania tego zbrodniarza do działań obecnie rządzących. Tak próbował wypełniać nakaz misyjny Jezusa z Nazaretu. Nie trzeba było długo czekać, by do tego zbrodniczego dziedzictwa sięgnął również, za przykładem biskupa, prezes opozycyjnej partii. Aż strach pomyśleć co się stanie, gdy tak wytyczoną drogą pójdą inni. Co dzień Katolicka Agencja Informacyjna rozsyła w świat streszczenia wystąpień naszych polskich biskupów. Gdy się je czyta, takich robaczywych owoców, jak ten cytowany, można niestety znaleźć więcej.