REKLAMA
Wiele lat temu powstawała w Polsce, jeszcze tej Ludowej, walcownia blach. To miały być niezwykle cienkie blachy, z których można by produkować lekkie opakowania produktów spożywczych. Pamiętam, jak nieżyjący już ksiądz profesor tłumaczył nam zadziwienie ludzi zza żelaznej kurtyny, którym wówczas proponowano zakup naszych zdrowych i smacznych konserw, ale w sprzedaży łączonej ze specjalnym kluczem do otwierania tych konserw. Żeby zjeść smaczną polską szynkę wystarczyło iść do znajomego ślusarza, by otworzył stalowe opakowanie albo choćby kupić specjalny klucz rozcinający bez trudu grubą blachę oddzielającą nas od smakowitej zawartości.
Gdy przysłuchuję się dyskusji o procedurze odejścia z Kościoła, przypomina mi się natychmiast tamto zdarzenie. Biskupi, księża i niektórzy publicyści wyjaśniają, że wystarczy napisać podanie, zanieść je w odpowiednim czasie do konkretnej kancelarii, zabrać ze sobą dwóch kwalifikowanych świadków, wysłuchać pouczenia, powierzyć to pismo specjalnej komórce w miejscowej kurii, zostać wpisanym do księgi osób, które złożyły podobne podanie, i usłyszeć w końcu, że zgodnie z nauczaniem Kościoła nadal pozostajemy związani z tym Kościołem nierozwiązywalnym węzłem sakramentu chrztu.
Każda wspólnota, organizacja, związek czy stowarzyszenie ma prawo określić zasady przyjmowania doń nowych członków. Każda z nich może ustalić zasady usuwania z tego grona osób, które łamią te zasady albo nie spełniają określonych kryteriów. Można również opracować całe systemy zachęt, przestróg, upomnień, kar, nagród i stopni awansu funkcjonujących wewnątrz takiej zbiorowości. Nie można jednak nikomu zabronić opuszczenia tego grona. Mąż odszedł od żony trzaskając drzwiami, a ona prosi o adres, by mu przesłać instrukcję, jak powinien odejść skutecznie. Nie można również ustalać zasad, jakimi mają się kierować ci, którzy już z nami być nie chcą. Ciekawe, czy podobnym procedurom poddawano odchodzących od Kościoła katolików w Irlandii, Austrii, USA, czy w Czechach? Buntujący się przeciwko takim formalnościom mogą czuć się pozbawionymi uznanego przez sobór Watykański II prawa do wolności religijnej. A gdy ich zabiegi o wystąpienie z Kościoła ktoś określa mianem błazenady, mają prawo czuć tym obrażeni.
Za moich czasów seminarium duchowne niektórzy nazywali „zakładem zamkniętym”. Obowiązywały tam zasady dotyczące niemal każdej dziedziny codziennego funkcjonowania kleryków. Nikt jednak nie wpadł na pomysł, by określać zasady, na jakich ktoś mógłby z seminarium odejść. I wielu odchodziło. Mam nadzieję, że i dziś, w dobie topniejącej liczby kandydatów do kapłaństwa, nie wprowadza się w seminariach stalowych krat w oknach, szyfrowych zamków w drzwiach i zatwierdzonej procedury odejścia z seminarium.