REKLAMA
„ Jezus tchnął na apostołów i powiedział im: Weźmijcie Ducha Świętego. Którym odpuścicie grzechy, są im odpuszczone, a którym zatrzymacie, są im zatrzymane.” / J 20, 22-23/
Historia medycyny zna nie tylko genialnych medyków czasów minionych, ale również całe mnóstwo znachorów, szamanów, babek i różnorakich guślarzy. Z biegiem lat rola tych nie-lekarzy powoli, acz skutecznie, ulegała marginalizacji i troska o zdrowie ludzi przechodziła w ręce rozrastającego się zespołu medyków wielu specjalizacji. Jeszcze nie tak dawno wizyta u jakiegokolwiek lekarza była ostatnią instancją wobec niebezpieczeństwa kalectwa lub śmierci. Dziś takie spotkanie jest najczęściej początkiem długiego łańcuszka skierowań na badania, do kliniki, na obserwacje, do konsultacji. Bogu dziękować, że dożyliśmy czasów, gdy skomplikowanych złamań nie oddajemy już w ręce sprawnego wioskowego kowala, a obustronnego zapalenia płuc nie leczymy miodem z leśnej pasieki. Operacja na otwartym sercu czy trepanacja czaszki to zbyt skomplikowane zabiegi, by je powierzyć znajomemu lekarzowi rodzinnemu.
Sumienie jest równie ważnym, co skomplikowanym wyposażeniem człowieka. Można o nim oczywiście nie pamiętać, jak o zębach, które nie bolą. Można lekceważyć jego rolę, jak to ma często miejsce z wyrostkiem robaczkowym albo trzustką, albo jakimś kłykciem. Co jednak zrobić, gdy nas sumienie zaczyna uwierać, boleśnie o sobie przypominać, budzić wśród nocy albo i nie pozwalać zasnąć? Do kogo się udać po radę? Od kogo oczekiwać antidotum dla duszy, która boli? Jakim się poddać procedurom, by spokój sumienia znów w nas zagościł?
Historia Kościoła zawiera mnóstwo barwnych opowieści o pokutnikach, publicznych wyznaniach grzechów, włosiennicach, procesjach biczowników i wielu innych sposobach na uwalnianie człowieka od ciężaru grzechów. Jezusowe polecenie wyjścia naprzeciw grzesznikom, wypowiedziane w Wieczerniku, odczytuje Kościół przez ostatnich dwadzieścia wieków ciągle na nowo. Ponieważ sumienie jest jeszcze bardziej intymnym zaułkiem człowieka niż wnętrze czaszki albo komory serca, trudno się dziwić, że dziś niektóre historyczne praktyki pokutne odbieramy jak znachorskie praktyki naszych praojców. Kiedyś piętnowanie rozpalonym żelazem niektórych zatwardziałych grzeszników albo golenie głów przedstawicielkom najstarszego zawodu świata, nikogo specjalnie nie bulwersowało. Powszechną akceptację miało w tamtych czasach głoszenie z ambony nie tylko nauki o grzechach, ale i wymienianie z nazwiska grzeszników.
Dziś, Bogu dzięki, takie formy zatroskania Kościoła o los grzeszników odeszły w większości cywilizowanego świata w zapomnienie. Zdarza się, że jakiś nadgorliwy kapłan, biskup, a nawet arcybiskup, publicznie napiętnuje tego lub owego, ale są to na szczęście wyjątki od reguły. W szkole Ducha Świętego my wszyscy ciągle jesteśmy uczniami. Bicie się w piersi od bicia w piersi innych lingwistycznie dzieli zaledwie kilka liter. W rzeczywistości jest to przepaść. Przepaść, która może oddzielić wielu od Kościoła. Przepaść, którą zapełnić może tylko cudowne działanie Ducha Świętego.