REKLAMA
„Jedenastu uczniów udało się do Galilei na górę, tam gdzie Jezus im polecił. A gdy Go ujrzeli, oddali Mu pokłon. Niektórzy jednak wątpili. Wtedy Jezus zbliżył się do nich i przemówił... Idźcie i nauczajcie wszystkie narody” / Mt 28, 16-17 i 19 /
Ostatnie spotkanie apostołów z Mistrzem, Który ich wybrał szczególnym wyborem. Już za chwilę będą pozbawieni Jego widzialnej obecności do której przez te ostatnie lata przywykli. Mieli do tej pory niedostępne innym możliwości bycia tak blisko z Nauczycielem, by stawiać Mu wszystkie nurtujące ludzkie serce pytania, by usłyszeć ocenę ludzkich zachowań i postaw, by korzystając z tej bliskości wejrzeć wraz z Nim w to, co przeraża, fascynuje, niepokoi, czy po prostu zadziwia w świecie. Teraz zdani będą na swą pamięć, wiarę, inteligencję, wyczucie, wrażliwość, roztropność, emocje. O co nie zapytali do tej pory, a Ewangeliści wspominają, że niechętnie dzielili się swoimi wątpliwościami z Mistrzem, o to już zapytać nie będą mogli. A przecież tyle kwestii pozostało nie wyjaśnionych. Będą więc, a my w ślad za nimi, sięgać do Jego słów, wspominać Jego zachowania, analizować Jego spotkania i rozmowy z ludźmi.
Dzieje Apostolskie wspominają, iż osób, z którymi spotkał się Jezus po Swoim zmartwychwstaniu było naprawdę wiele. Jednak przed tym ostatecznym odejściem do Domu Ojca gromadzi przy sobie tylko tych jedenastu. To coś na kształt najbliższej rodziny. Kto słucha słowa Bożego, ten Mi jest bratem, siostrą i matką. Tych dwunastu On sam wybrał. W tym gronie doświadczyli zdrady, sporów, samobójczej śmierci, zwątpień, wzajemnych waśni i podejrzeń, poszukiwania ludzkiej chwały. On odchodzi, a te ludzkie słabości pozostają. Kto wie, może nawet ujawnią się kolejne. Będą im one kulą u nogi w wypełnianiu posłannictwa miłości zbawiającej ludzi takich jak oni. Jeszcze dwa miesiące wcześniej mogli się łudzić, że On, a oni wraz z Nim, będą żyli długo i szczęśliwie. Mogli mieć nadzieję, że będą świadkami jeszcze niejednego zgromadzenia tłumów wokół ich Mistrza, kolejnych niezwykłych cudów i znaków. Od Jego krzyżowej śmierci, a nawet po Jego zmartwychwstaniu, tamte nadzieje pierzchły. Tamte oczekiwania okazały się iluzją. Czyż nie powinni tych dni po zmartwychwstaniu wykorzystać dla rozproszenia budzących się w nich wątpliwości? Czyż nie powinni Go szczerze zapytać o wszystko, czego nie zrozumieli do tej pory? Czyż nie powinni na skrawkach pergaminu spisywać natychmiast wskazań, wyjaśnień, przestróg i obietnic? Teraz już wiedzą, że to dni ostatnie przed Jego odejściem. Mija dni czterdzieści, On znika im sprzed oczu, a niektórzy z nich nadal wątpią.
Ta scena w swojej lapidarności nie nastraja optymistycznie. Obraz apostołów żegnających Jezusa jest tak ludzki, że dla wielu trudny do zaakceptowania. Podobnie dziś, stukając do drzwi Episkopatu, wielu chciałoby usłyszeć jasne i przekonujące odpowiedzi, znaleźć jednoznaczne rozwiązania, poznać miarodajne oceny zjawisk i wydarzeń.
Kilkanaście lat temu siedziałem na ławie z jednym z kardynałów naszego Kościoła. Czas nas nie gonił, rozmawialiśmy o wszystkim, co nas niepokoiło, zadziwiało, radowało. Co jakiś czas szedłem do kuchni po kolejną herbatę i wracałem na spotkanie z ludzkim obliczem hierarchii katolickiej. Gdy wspomniałem po latach jednemu z księży o tamtym spotkaniu, ten opowiedział mi o swoim, podobnym doświadczeniu. Studiował we Francji. Pewnego popołudnia zadzwonił miejscowy biskup z zapytaniem, czy mógłby wprosić się do niego na herbatę i rozmowę. Ostatnio austriacki kardynał zasłynął tym, że nie tylko spotkał się z kontrowersyjnymi dla wielu osobami z jego diecezji, ale że po tym spotkaniu potrafił publicznie przyznać się do zmiany swoich poglądów.
Hierarchowie z ludu wzięci, dla ludzi ustanowieni, nie powinni utracić ludzkiego oblicza. Być może są tacy pośród nas, może jest ich nawet całkiem wielu, którym tęskno do tryumfalistycznego Kościoła ojców naszych, który był tak święty i niedostępny zwykłym zjadaczom chleba, że zdawał się być ostoją nieskazitelności, prawdy i pewności wiary. Ten Kościół na naszych oczach odchodzi bezpowrotnie. Jeszcze tu i ówdzie sekretariat biskupa, biskupi rzecznik prasowy, kancelaria, kapelan, audiencja, rewerencja, ucałowanie trzewiczka. Albo Kościół zdobędzie się na oblicze bliskie człowiekowi, albo w kolejnej procesji delegacje, poczty sztandarowe, chorągwie, feretrony i sypaczki kwiatków zastąpią wiernych, a kościelne nawy podczas wizyty biskupa wypełni dym kadzideł snujący się pośród pustych ławek.
Jeden z prawicowych publicystów nazwał ostatnio księdza Bonieckiego pomylonym staruszkiem w koloratce. Zapewne niejeden polski hierarcha, polityk, a nawet publicysta, z zazdrością spoglądają na ludzi zasłuchanych w słowa tego pomylonego staruszka. Oddaliby wiele, by ich również darzono podobnym zaufaniem i uwagą. Trudno sobie wyobrazić nasz Kościół bez hierarchii, ale strach sobie wyobrazić ten Kościół bez takich pomylonych, dla których skarbem Kościoła jest człowiek, a drogą do niego szacunek okazany człowiekowi.