REKLAMA
„Jezus mówił do tłumów. W wielu przypowieściach głosił im naukę, o ile mogli ja rozumieć. A bez przypowieści nie przemawiał do nich. Osobno zaś objaśniał wszystko swoim uczniom.” / por. Mk 4, 26 i 33 /
Apostoł Paweł na temat powołanych do służby Bożej wypowiadał się z wielką otwartością i bez znieczulenia. Przyjrzyjcie się bracia powołaniu waszemu. Niewielu tu mądrych, niewielu szlachetnie urodzonych. Bóg wybrał to, co głupie w oczach świata. Przeglądanie się w tym pawłowym zwierciadle sprawnie odziera z udrapowanego dostojeństwa, z blichtru i nadętej próżności. Również w księdze Hioba wyczytać możemy zapowiedź, iż Bóg pośle ludowi kapłanów nierozważnych. Tajemnica powołania jest w jakiś sposób tajemnicą samego Powołującego. Mógł wybrać i wybrał, kogo zechciał.
Dlaczego właśnie tych, według jakiego klucza, czemu bez jednej choćby kobiety w tym gronie, bez uczonego w Piśmie, bez zeloty, saduceusza, członka Wysokiej Rady? Jak wyglądałaby Ewangelia o Jezusie, gdyby do grona uczniów powołał On Nikodema, Gamaliela albo, o kilka lat wcześniej, Szawła z Tarsu? Nie mam tu na myśli żadnych słownych sztuczek i językowej ekwilibrystyki, ale jedynie światłość umysłu gotowego zapamiętać, zapisać, wypytać o to wszystko, czego dziś z takim trudem szukamy za każdym słowem, między słowami, w ciszy niezapisanego, przemilczanego, pominiętego. Wszak Jezus tamtym uczniom na osobności objaśniał wszystko. Jakże chcieliby dzisiejsi uczniowie wejrzeć w to wszystko, co tamtym Jezus wyjaśniał z dala od tłumów. U kresu swej ziemskiej wędrówki wypowie Jezus kilka krytycznych uwag o skuteczności tych dodatkowych lekcji. O jakże nierozumni jesteście i jakże nieskore są wasze serca do wierzenia. Tomaszu, już tyle czasu jestem z wami, a jeszcze mnie nie poznałeś. Wy wszyscy zwątpicie we Mnie...
Nie wszyscy ludzie powinni kończyć wyższe studia. Niektórym do życia, i to całkiem szczęśliwego, wystarczy wykształcenie na średnim, a nawet na podstawowym poziomie. Niektórzy całymi latami próbują, i to bezskutecznie, zdobyć umiejętność, którą inni posiedli jakby od niechcenia. Komuś słoń zdaje się nadepnął na ucho, a inny już w dzieciństwie arie, mazurki, nokturny i inne symfonie światu posyła. Ta różnorodność nie stanowi, a raczej nie powinna stanowić, powodu do klasyfikowania nas jako bardziej lub mniej wartościowych, szacownych czy potrzebnych. Wobec mnogości i różnorodności typów ludzkich spotykanych na każdym kroku rodzi się we mnie zdumienie i podziw dla Stwórcy. Jednak ten podziw nie knebluje mi ust, gdy stawiam pytania. Czy gdyby w gronie apostołów byli ludzie na miarę Augustyna, Tomasza z Akwinu, Sokratesa czy Arystotelesa, zapisane przez nich relacje o spotkaniach z Jezusem byłyby dla świata obfitszą i bardziej wyczerpującą Dobrą Nowiną?
Świat w swoim ogromie i swojej złożoności stanowi materię do nieskończonej liczby odkryć, zapytań, zadziwień i oczarowań. Te zostawiam ludzkiemu geniuszowi do zgłębiania, by i ci, którzy po nas przyjdą, mogli czuć się Kolumbami swoich czasów i by byli nimi rzeczywiście. Ja wobec tej frazy o dodatkowych lekcjach udzielanych uczniom przez Mistrza z Nazaretu, zastanawiam się, czy nie można by do tego grona dołączyć jakiegoś Gandiego, Einsteina albo Skłodowską-Curie tamtych czasów. Potem niechby już było tak, jak jest. Ludzki tygiel, ze wszystkich krańców i odcieni ludzkiej kondycji. Wybitni i zupełnie przeciętni. Myślący tylko o Bogu asceci i myślący tylko o sobie karierowicze. Tytani myśli i słowa oraz niedouczeni głupcy zawstydzający słuchaczy swoją niekompetencją.
Wierzę, że również w tym, ograniczonym ludzką kondycją wyborze najbliższych współpracowników, chce nam Nauczyciel z Nazaretu powiedzieć coś ponadczasowo ważnego. Nie należymy do Kościoła czystej rasy, nadludzi, światowej elity, duchowej arystokracji, sterylnej materii gotowej przeobrazić się w męczenników, wyznawców, doktorów Kościoła. To rodzina, w której się wzrasta, a nie do której dorasta się, by zająć zasłużone miejsce przy stole i na pozowanej fotografii. To rodzina, z której nie odsyła się do domu poprawczego ani do przytułku dla starców lub niepełnosprawnych.
Chciałbym wyczytać u Ewangelistów, co im Jezus mówił o samobójcach, pijakach, homoseksualistach, prostytutkach, terrorystach, o zmarłych przed urodzeniem, o żołnierzach, lekarzach, dewiantach, inżynierach genetyki, sportowcach wyczynowych, dyktatorach, chorych psychicznie, dotkniętych demencją, szpiegach, heretykach i tylu, tylu innych. Może Go o nich pytali. Może On wyjaśniał im skomplikowane tajniki ludzkich losów. Zapamiętali i zapisali tylko tyle. Postawili na rozstajach takie drogowskazy, jakie po tych dodatkowych lekcjach zdolni byli przygotować. Dobra Nowina wymaga od uczniów wszech czasów, by się nad nią pochylali z uwagą. By się jej wnikliwie przysłuchiwali. By się nią posługiwali z miłością. Pamiętając, że tamte dodatkowe lekcje dla uczniów wcale się nie skończyły, one ciągle trwają.
