REKLAMA
„ Dla Elżbiety nadszedł czas rozwiązania i urodziła syna. Gdy jej sąsiedzi i krewni usłyszeli, że Pan okazał tak wielkie miłosierdzie nad nią, cieszyli się razem z nią. Ósmego dnia przyszli, aby obrzezać dziecię i chcieli mu dać imię ojca jego, Zachariasza. Jednakże matka jego odpowiedziała: Nie, ma otrzymać imię Jan.” / Łk 1,57-60 /
Co pewien czas tu i ówdzie podnosi się w ramach publicznej dyskusji kwestię losu bezbronnych dzieci, które - nie pytając o zdanie, zanurza się w źródle chrzcielnym. Ta łamiąca prawa i wolność człowieka praktyka, sprowadzona na polskie ziemie przed tysiącem lat z górką, tak się rozpowszechniła, że dziś przeciwnikom tego procederu trudno się temu zjawisku przeciwstawić. Można by, wzorem jedynie słusznego systemu zza wschodniej granicy, wprowadzić administracyjny zakaz obwarowany sankcjami karnymi. Można też zapytać niemowlaka o to, czy chce być ochrzczony i jego milczenie, a nawet spazmatyczny płacz, uznać za wyrażenie zgody czy wręcz entuzjastycznej radości z obrzędu, jakiemu jest poddawane. Można oczywiście owo milczenie i płacz uznać za dziecięcy sprzeciw wobec podjętych nad nim zabiegów. Konsekwentnie należałoby podejść do wszelkich innych decyzji podejmowanych wobec małych dzieci a wpływających na całe ich dorosłe życie. Czy chcesz mieć na imię Alfons albo Lafirynda, tak jak sobie tego życzą twoi rodzice? Czy wyrażasz zgodę na karmienie ciebie piersią do piątego roku życia? Czy chcesz mieszkać w Pipidówku i mieć za sąsiadów mnichów z pobliskiego klasztoru? Moglibyśmy oczywiście te ważkie dla każdego człowieka decyzje odłożyć do wieku ustalonego na drodze międzynarodowych uzgodnień. Do tego czasu funkcjonowaliby niedorośli jeszcze ludzie jako numery statystyczne, przyporządkowane do podobnie ponumerowanych ulic w miejscowościach określonych kolejnymi literami alfabetu i ciągami liczb.
Przyjęło się, i to w całym cywilizowanym i niespecjalnie cywilizowanym świecie, że decyzje dotyczące losów nowo narodzonych powierza się ich najbliższym. To oni wybierają dla swoich dzieci imiona i decydują o takiej lub innej przynależności religijnej swojego potomstwa. Wypełniają formularze noworodków, określając w wielu rubrykach ich późniejsze losy. Rodzice kształtują dziecko, wychowują, otaczają wzorcami i kryteriami, które uznali za właściwe. Kto z nas, dorosłych, chciałby mieć wpisane do dowodu a nawet do paszportu, że urodził się w miejscowości, której nazwa brzmi głupio, niezrozumiale czy wręcz obraźliwie. Ale stało się ongiś, że praojcowie taką właśnie nazwę nadali tej miejscowości, a nam wpisali do dokumentów, że tu właśnie przyszliśmy na świat. Na dokładkę rodzice nasi, a czasem władzę sprawujący w tym kraju lub wręcz okupujący go, wpisali nam w dokumencie taką a nie inną narodowość. I rób bracie czy siostro co zechcesz, ale w papierach masz napisane i imię, i nazwisko, i narodowość, i nazwę miejsca urodzenia, która jednych śmieszyć innych wkurzać, a jeszcze innych doprowadzać będą do szewskiej pasji, jak owego Niemca spisującego personalia naszego rodaka Franka Dolasa. w filmie „Jak rozpętałem drugą wojnę światową”.
Setki milionów ludzi na całym świecie w imię tradycji, w zgodzie ze zdobytą wiedzą, w wierności swoim przekonaniom religijnym, politycznym i z powodu innych, sobie wiadomych przyczyn, decydują się poddać swe dzieci obrzezaniu, ochrzczeniu, szczepieniu, indoktrynacji, wychowaniu, przesiedleniu, naturalizacji, adopcji, czy porzuceniu. Jednym rodzice, oprócz przypisanych w dzieciństwie określeń, pozostawiają po sobie całkiem pokaźne fortuny. Innym zaś, równie niezasłużenie, pozostawiają do spłacenia różnorakie długi, od honorowych po całkiem wymierne. Gdyby nie nasi rodzice, których sława czy niesława potrafi dalece przekraczać granice miejscowości, gminy a nawet kraju, nie byłoby ani naszego dzieciństwa, ani też dorosłości. Czy to jednak znaczy, że skazani jesteśmy na dźwiganie brzemienia nałożonego rękami poprzednich pokoleń? W dużej mierze tak. Ale przecież nikt dorosłego, czy nawet dorastającego człowieka, nie może zmusić do kultywowania rodzinnych tradycji, potwierdzania rodzicielskich wyborów i kroczenia przez życie wydeptanymi przez przodków koleinami. Powiedzeniu - „jaka matka taka natka”, wielu już potrafiło świadomie zaprzeczyć i to niekoniecznie z najlepszym skutkiem. Podobnie z tym jabłkiem, co to całkiem daleko potrafi oddalić się od jabłoni, by niekoniecznie nowy owoc zrodzić, ale by zgnić bezowocnie.
Stosunkowo najłatwiej zmienić miejscowość, w której mieszkamy. Dzisiaj tu, jutro tam. Trochę trudniej z imieniem i nazwiskiem. Ale i te też można zmienić, choć tylko sobie. Rodzice i dziadkowie pozostaną raczej przy niezmienionych. Jeszcze trudniej z wpisem do księgi chrztu. Tak jak wszystkie urzędowe wpisy pozostanie dla potomnych, choć sam człowiek może zupełnie innymi niż chrześcijańskie zasadami kształtować swoje życie. Najtrudniej z obrzezaniem, to bowiem jest nieodwracalne. Z tego, co mi jednak wiadomo, ONZ nie pracuje nad zakazem poddawania obrzezaniu dzieci wyznawców islamu, judaizmu i innych decydujących się na ten krok wobec swojego dziecka z jakiegoś powodu.
Idealny świat całkowicie wolnych ludzi, podejmujących w pełni świadomie mądre decyzje dotyczące swojego losu i losów swoich najbliższych, może i jest pociągający, ale i równie nierealny jak wizja raju na ziemi. Dotychczasowe próby realizacji projektu idealnej społeczności okazały się nieskuteczne. Ale wszystko jeszcze przed nami.
