REKLAMA
„Przyszedł do Jezusa jeden z przełożonych synagogi imieniem Jair. Gdy ujrzał Jezusa, upadł Mu do nóg i prosił usilnie: Moja córeczka dogorywa, przyjdź i połóż na nią ręce, aby ocalała i żyła” / Mk 5, 22-23 /
Wszystko, o czym informują te zdania, dowodzi niezwykłej więzi łączącej dostojnika żydowskiego Jaira z jego córeczką. To umierał nie jedyny czy też pierworodny syn, po śmierci którego zaginąć może cały ród. To nie znaczący swoimi osiągnięciami przedstawiciel rodziny, którego zasługi i uznanie odeszłyby wraz z nim bezpowrotnie. To osoba, która ani nie poniesie w przyszłe pokolenia nazwiska ojca, ani też nie stanie pośród minjanu modlących się po jego śmierci. To nawet nie kobieta. To jeszcze dziewczynka. A on przecież nie był jej matką. On nie nosił jej w swoim łonie, nie karmił wiele miesięcy piersią, nie wstawał wśród nocy, gdy zapłakała i nie biegał do lekarzy zobaczywszy jakąś wysypkę czy grymas na twarzy, czy usłyszawszy nierówny oddech. A jednak przełożony synagogi wybiegł z domu, w którym gasły oczy jego córeczki i biegł jak oszalały w poszukiwaniu ratunku dla niej. Komu się poskarżyć na śmierć? U kogo szukać antidotum na umieranie? Co zrobić, do kogo podążyć, komu się wyżalić, wypłakać, przed kim zawyć z bólu?
Spotkał w tamtej chwili wędrownego Nauczyciela otoczonego cisnącym się zewsząd tłumem. Zrozpaczeni zazwyczaj nie interesują się zbiegowiskiem. Ich właściwie nic nie interesuje. Ich oczy, choć otwarte, nie patrzą. Ich uszy, choć sprawne, nie słuchają słów logicznych, wyrazistych, rozsądnych. Oni biegną w poszukiwaniu cudu albo też rzucają się w objęcia zatracenia. Ich nie interesuje powszechny aplauz, równie powszechne potępienie, trendy i tendencje zaprzątające umysły i kształtujące postawy. Oni przebiegają na czerwonym świetle, podążają pod prąd jednokierunkowymi ulicami, biegną po wodzie w paszczę lwa i jeszcze dalej. Ktoś powie, że są zaślepieni rozpaczą. Ktoś inny, że przyświeca im niedostrzegalny dla niezrozpaczonych cel. Ustąpcie im z drogi, jak ów tłum cisnący się do Jezusa. Zróbcie im miejsce, i zamilknijcie jak ta cisnąca się tłuszcza, która w obliczu bólu Jaira zamilkła na chwilę i rozstąpiła się, pozwalając mu upaść przed Jezusem.
Wiele wskazuje na to, że ów przełożony spotkał Nauczyciela z Nazaretu po raz pierwszy. Ale przecież nie mógł o Nim nie słyszeć. Wieści o takich wichrzycielach rozchodziły się lotem błyskawicy zwłaszcza pośród przełożonych synagog, starszych ludu, faryzeuszów i innych prominentnych postaci. Nie mógł nie wiedzieć, że tego Galilejczyka już z jednej z synagog wierni wyrzucili za miasto i chcieli zabić. Nie mógł nie wiedzieć, że pewien przełożony musiał Jezusowi publicznie zwracać uwagę na niestosowność Jego zachowań w synagodze, i to w dzień szabatu. Niektórzy mówili, że to prorok, ale równie liczni opowiadali, że to sługa Belzebuba. Gdy Go wreszcie spotkał na swojej drodze, nie zapytał, kim On jest naprawdę. Nie zrobił mu egzaminu ze znajomości Świętej Tory ani z przepisów dotyczących szabatu, koszerności i obmyć rytualnych. Nie stanął ostrożnie z boku przyglądając się i ważąc racje. Zapomniał o wszystkich niebezpieczeństwach związanych z publicznym z Nim spotkaniem, zapomniał o tym, co przystoi i nie przystoi przełożonemu synagogi.
Mój nieżyjący już od lat kościelny opowiadał, jak lekarze kazali mu zabrać z miejscowego szpitala umierającego syna. Dziecko nie miało jeszcze roku, a w sowieckim szpitalu mogło zawyżyć ustalaną odgórnie statystykę zgonów. Zabrali więc umierające dziecko do domu. Matka bezradnie tuliła je do piersi, a on wyszedł gdzie oczy poniosą, bo miejsca sobie nie mógł znaleźć. Poszedł do księdza w swojej parafii, a ten mu powiedział, że widocznie taka jest wola Boża i że z pewnością będzie miał jeszcze kolejnych synów i córki. Gdy wieczorem wracał do domu, zatrzymał go starzec od starowierów. Zapytał o przyczynę strapienia, kazał przynieść odrobinę masła, a z pobliskiego jeziora nabrać wody do butelki. Pomodlił się nad jednym i drugim i kazał szybko iść do domu, by to masło i tę wodę zaaplikować dziecku. Chłopiec rychło wyzdrowiał. Podczas pobytu w ZSRR chrzciłem jego dzieci. A dziadek ciągle z zatroskaniem pytał, czy czasem z miłości do umierającego syna nie naruszył jakichś przykazań kościelnych przyjmując pomoc od innowiercy.
To miłość ma taką moc, by człowiek zapomniał o całym świecie i o sobie. By zdobył się na przekroczenie granic, zdawać by się mogło nieprzekraczalnych. Taka miłość może wynieść każdego z nas na wyżyny człowieczeństwa. Może doprowadzić przed oblicze tajemnicy, której ludzie bez miłości nigdy nie doświadczą. Nawet wiara musi ustąpić drogę miłości, bo ta jest największa. To miłość przywiodła Jaira przed oblicze Jezusa i kazała publicznie upaść Mu do nóg. Dopiero potem Jezus wezwał go, by w imię tej miłości wzbudził w sobie wiarę w niemożliwe. Miłość trwać będzie ponoć nawet wtedy, gdy wszystko się skończy. Nie podejmuję się oceniać, czy ktoś ma wiarę, czy też jej nie ma. Ale każdy chyba bez trudu dostrzeże naprawdę miłujących.
Ewangeliści i autor Dziejów Apostolskich nie wspominają chrześcijanina o imieniu Jair. Prawdopodobnie do końca swoich dni pozostał wierny posługiwaniu w miejscowej synagodze. Wspomniany kościelny z Białorusi nie dołączył do zbierających się na brzegu jeziora Starowierów. Umarł jako katolik, który wszystkie swoje dzieci i wnuki ochrzcił w katolickiej wierze. Miłość dobro daje hojną ręką i niczego w zamian się nie domaga. Do miłości zdolny jest każdy człowiek. By miłować, niekoniecznie należy wystąpić z jakiejś partii albo przyłączyć się do Kościoła. Kto nie ma miłości, temu wiara na nic się nie przyda. Miłość czyni cuda ludzkimi rękami i czyni je za darmo.
Ewangeliści i autor Dziejów Apostolskich nie wspominają chrześcijanina o imieniu Jair. Prawdopodobnie do końca swoich dni pozostał wierny posługiwaniu w miejscowej synagodze. Wspomniany kościelny z Białorusi nie dołączył do zbierających się na brzegu jeziora Starowierów. Umarł jako katolik, który wszystkie swoje dzieci i wnuki ochrzcił w katolickiej wierze. Miłość dobro daje hojną ręką i niczego w zamian się nie domaga. Do miłości zdolny jest każdy człowiek. By miłować, niekoniecznie należy wystąpić z jakiejś partii albo przyłączyć się do Kościoła. Kto nie ma miłości, temu wiara na nic się nie przyda. Miłość czyni cuda ludzkimi rękami i czyni je za darmo.
