REKLAMA
„ Jezus przyszedł do swego rodzinnego miasta. A towarzyszyli Mu Jego uczniowie. Gdy nadszedł szabat, zaczął nauczać w synagodze. A wielu przysłuchiwało się...” / por. Mk 6,1-2 /
Co jakiś czas słyszymy o czyichś sentymentalnych podróżach do źródeł. Nie mam tu na myśli mineralnych źródeł, do których także warto się wybrać co jakiś czas dla podreperowania zdrowia. To wędrowanie, wspomniane dziś przez Ewangelistę, zwykło się również nazywać powrotem na stare śmieci albo sięganiem do korzeni. To zazwyczaj pełne emocji stąpanie po dawniej pozostawionych śladach, pozdrawianie dawno nie widzianych znajomych, wspomnienia cisnące się na każdym kroku i wyciskające niejednemu łzę wzruszenia.
Jak długo nie było Jezusa w Nazarecie? Skoro stali mieszkańcy odwiedzający co szabat miejscową synagogę pytają, czy to czasem nie jest syn Maryi i Józefa, to znaczy, że dawno Jezusa tam nie widziano. Zapewne to były lata. Przecież nawet spotykanych raz do roku poznajemy bez większego trudu. Może zmienił się, ale nie na tyle, by Go zupełnie nie rozpoznano. Zresztą jeśli kogoś nie widzimy od dawna, to nawet jeśli on sam się nie zmienił, to jego obraz w naszej pamięci mógł zatrzeć się i wyblaknąć.
Zmieniło się zapewne i to, i owo w samym mieście. Może nie były to zmiany tak znaczące, jak to się zdarza w przypadku niektórych z nas wyruszających w podobną nostalgiczną podróż po latach. Oto w naszym domu teraz nikt nie mieszka, albo mieszka ktoś zupełnie obcy, albo w ogóle nie ma już naszego domu. Ogród porósł chwastem albo zniknął pod brukiem ulicy, albo ustąpił miejsca nowej zabudowie. Gdzie mieszka ten, a gdzie tamta? On umarł, a ona wyprowadziła się jakiś czas temu. A gdzie jest studnia, gdzie kamień przydrożny, jak się teraz nazywa nasza ulica, a gdzie się podział pomnik, który stał na rynku?
Po zamachu na Reinharda Heydricha hitlerowcy w odwecie doszczętnie zniszczyli Lidice. Zemsta dotknęła nie tylko mieszkańców, z których jednych wymordowano, a innych zesłano do obozu koncentracyjnego, ale również samą miejscowość. Zburzono domy, powyrywano z korzeniami drzewa, a rzece wytyczono zupełnie nowe koryto. By dopełnić dzieło zemsty i zapomnienia, na miejscowym cmentarzu rozkopano groby i usunięto z nich szczątki wszystkich zmarłych. Tam już nic nie zostało takie jak kiedyś. A przecież nie trzeba takich ogromnych zabiegów, by jakieś miejsce przestało być nasze, byśmy w domu poczuli się nieswojo, by człowiek powróciwszy w rodzinne strony odwrócił się i oddalił jak najszybciej, by już nigdy nie wracać... Czasem takim przełomowym zdarzeniem jest odejście od nas kogoś naprawdę bliskiego. Innym znów razem jest to doznana w tym miejscu krzywda, po której trudno jest patrzeć na znajome twarze, na miejsca przypominające bolesne zdarzenie. Takie sentymentalne podróże bywają dla niektórych niczym głęboki oddech po latach. Dla innych są na tyle bolesnym doświadczeniem, że boją się takich powrotów.
Wkroczyliśmy w czas wakacyjnych podróży, wyjazdów, odwiedzin. Jedni w tym czasie wędrują po utartych od dawna szlakach, inni wyruszają w nieznane. Jedni zdążają do miejsc bliskich sercu, inni takich miejsc unikają, jeszcze inni biorą sobie za przewodnika umiłowanego guru. Czas odkrywania tego, co do tej pory nieznane, bywa również czasem powrotów do miejsc głęboko zapisanych w naszych sercach, w historii naszej rodziny, w dziejach Narodu. Czy są takie miejsca, które omijamy szerokim łukiem? Od których odwracamy wzrok i bardziej lub mniej świadomie odchodzimy w przeciwnym kierunku?
Od lat w wakacyjne dni wyruszam do źródeł. Jadę w rodzinne strony moich rodziców, odwiedzam parafie, w których pracowałem przed laty, jadę na Westerplatte i do Oświęcimia. Wyjeżdżam również na mogiłę do Jedwabnego. Odwiedzam groby pomordowanych w Radziłowie i Wąsoszu. Jadę do Ossowa i do mogił ukrytych pośród drzew obok domu w Ostrówku. W niektórych z tych miejsc tętni życie, w innych, wręcz przeciwnie. W jednych spotykam ślady ludzkiej obecności, w innych wybujałe ślady ludzkiego zapomnienia.
Stąd pobliskie domy widać jak na dłoni. Tylko że z tamtych okien nikt zdaje się w tę stronę nie spogląda. Mieszkańcy omijają te miejsca, tak jakby tam sami doznali krzywdy, o której chcieliby jak najszybciej zapomnieć. Nie pytaj ich o drogę, bo udają, że nie słyszą lub natychmiast przypominają sobie coś ważnego i odchodzą w pośpiechu. Nie wspominaj o tych mogiłach miejscowym duszpasterzom, ci po całorocznym utrudzeniu mają przecież prawo do letniego wypoczynku i nie znajdą dla ciebie czasu na rozmowę o porośniętych zapomnieniem grobach. A czyż to nie jest ich mała Ojczyzna? To dla wielu z nich rodzinne strony. Powinni znać tam każdy kamień, drzewo, dom, mogiłę. Ilu warszawiaków stanęło choćby raz na Umschlagplatz, przez który przeszły setki tysięcy mieszkańców stolicy, zanim udali się w ostatnią podróż do Treblinki. Ilu duszpasterzy pielgrzymowało ze swoimi parafianami do Palmir, do Treblinki, ilu modliło się na stokach cytadeli?
Spotkanie Jezusa w rodzinnym Nazarecie okazało się trudne dla wszystkich. A właściwie, kto obiecał, że takie spotkania będą łatwe. One są takie, jacy my naprawdę jesteśmy.