REKLAMA
„Jezus przywołał do siebie Dwunastu i zaczął ich rozsyłać po dwóch. Dał im też władzę nad duchami nieczystymi i przykazał im, żeby nic z sobą nie brali na drogę prócz laski: ani chleba, ani torby, ani pieniędzy w trzosie. Idźcie obuci w sandały i nie wdziewajcie dwóch sukien.” / Mk 6, 7-9 /
Podglądanie, podsłuchiwanie, czytanie cudzej korespondencji, grzebanie w prywatnych notatkach - powszechnie uznawane są za działania nieetyczne i niegodne człowieka. Jednocześnie, choćby zainteresowanie gazetami brukowymi i ich sensacyjnymi tytułami, zdjęciami i opisami wskazuje na całkiem spore zapotrzebowanie na informacje tego rodzaju. Szczególnie, gdy dotyczą one osób znanych, powszechnie cenionych, podziwianych, uznawanych za autorytety. Być może kryje się za tym zainteresowaniem jeden z właściwych człowiekowi mechanizmów obronnych. Wobec własnych błędów, słabości i grzechów wypatrujemy podobnych skaz na powszechnie znanych wizerunkach i oddychamy z ulgą. Skoro oni wyprawiają takie rzeczy, to przecież i mnie mogło się coś takiego przydarzyć. Skoro tam, na górze, jest tak jak to widać na zdjęciach, to ze mną nie jest jeszcze aż tak źle. Skoro oni używają takiego słownictwa, to może mój język nie jest aż tak wulgarny, jak dotąd sądziłem. Zażenowanie i zawstydzenie ustępuje przed zainteresowaniem, po oburzeniu przychodzi samouspokojenie i ulga czytelnika. Podobny mechanizm zadziałał, gdy wypłynęły tajne dokumenty z Watykanu. Oburzenie szybko ustąpiło miejsca ogromnemu zainteresowaniu treścią tajnej papieskiej korespondencji. Każdy chciałby zachować prawo do prywatności, intymności, tajemnicy. Jednocześnie ciekawość jest dla wielu pokusą trudną do opanowania. W dobie cyfrowej fotografii i internetowych sieci wszystko może stać się dostępne dla wszystkich, czasem za cenę skandalu, czasem kompromitacji, a bywa, że i za cenę ludzkiego życia.
Trzydzieści lat temu zdjęcia Jana Pawła II kąpiącego się w stroju Adama obiegły zachodnie redakcje i spotkały się z powszechnym sprzeciwem i ostracyzmem wobec fotografa-zdobywcy. Zamiast fortuny za zdjęcia okrył się niesławą. Jak dzisiejsze media zachowałyby się wobec możliwości zakupu i opublikowania podobnych zdjęć, aż strach pomyśleć. Prawdę o sobie może ujawnić każdy, ale już nie każdy taką autolustracją jest zainteresowany. Ujawnianie prawdy o innych powinno mieć jakieś powszechnie uznawane granice. Jakie? Spytajcie mądrzejszych.
Gdy czyta się słowa o pouczeniu udzielonym dwunastu apostołom przez Jezusa, to można odczuć podobne skrępowanie. To przecież tak, jakby nieproszonym wejść za zamknięte drzwi Konferencji Episkopatu i posłuchać tajnej narady, albo zapoznać się z treścią przeznaczonych tylko dla biskupów instrukcji. Jest w tym pouczeniu coś tak osobistego, prywatnego, że chciałoby się uszanować wyłączność tych treści tylko dla wybranych szczególnym wyborem. Ale wtedy, na początku, owi wybrani dobrze wiedzieli, że prawda o nich samych i pokora lepiej chronią autentyczne dobro Kościoła niż instrukcje tajne przez poufne i narady zaufanych i zaprzysiężonych, i zobowiązanych do zachowania tajemnicy, która i tak wypłynie, niosąc ze sobą zło ze zdwojoną mocą.
Jak to dobrze, że w tę wakacyjną niedzielę we wszystkich kościołach katolickich czyta się wobec wszystkich pouczenie skierowane przez Jezusa do apostołów i oczywiście do ich następców. Gdyby takie słowa ośmielił się wypowiedzieć ktoś z zewnątrz Kościoła, usłyszelibyśmy gromkie wypowiedzi naszych hierarchów o niedopuszczalnym krępowaniu misyjnej działalności Kościoła, o zajadłym ataku na biskupów ze strony środowisk libertyńskich, ateistycznych i masońskich, o niedopuszczalnej ingerencji w wewnętrzne mechanizmy funkcjonowania wspólnoty wyznaniowej. Zapewne byłoby coś o naruszeniu zasad konkordatu, o próbach ograniczania swobody religijnej, o niedopuszczalnej krytyce i o populizmie. Gdyby wypowiedział te słowa ktoś z kościelnych dołów, prawdopodobnie szybko przywołano by go do porządku lub w imię posłuszeństwa zamknięto by takie krytyczne usta. Na szczęście to słowa autorstwa Jezusa z Nazaretu i skierowane nie do wszystkich słuchaczy, nawet nie do uczniów, ale wprost do Apostołów. Bo Apostołom mniej wolno. Przypomina im o tym nie jakiś ateusz, czy świecki trybunał, ale sam Mistrz z Nazaretu, Ten, Który wybrał Dwunastu i ich następców.
No i te słowa Jezusa o trzosie i o pieniądzach w trzosie. Toż to niczym nóż wbity hierarchom w plecy, i to wtedy, gdy negocjacje w tej sprawie przeciągają się niemiłosiernie. Jedni mówią: dość ustępowania Kościołowi. Inni, zmęczeni podpowiadają: dajcie im już te miliony i niech wreszcie przestaną mówić o prześladowaniu biednego Kościoła przez rządzących w naszym kraju. Niech wreszcie nad tym dziurawym workiem z pieniędzmi zapadnie zawstydzająca cisza. Biskupi publicznie i głośno, słyszy to niestety cały świat, dopominają się o kolejne pieniądze dla Kościoła w Polsce, a Jezus równie publicznie mówi im - „nie bierzcie pieniędzy w trzosie”.
