Wczoraj miałem naprawdę dobry dzień. Najpierw, jak to u księdza w niedzielę. Msze święte, głoszenie Słowa, chrzest dwóch młodzieńców. Chwilę po południu wyjazd do Treblinki. Tym razem niezwykła w tym miejscu obecność nie-Żydów. Dziesiątki samochodów, motory, wreszcie autokary. Skupienie, zaduma, modlitwa. Bez organizatorów, bez przewodników, z potrzeby serca.
REKLAMA
Starsi ludzie, młodzież, rodzice z dziećmi. Może niektórzy wiedzieli, że siedemdziesiąt lat temu rozpoczęła swą zbrodniczą działalność ta ukryta wśród sosen fabryka śmierci. A może nie pamiętali tamtej daty, tylko wyczytali wyryty w kamieniu lakoniczny i przerażający w swej treści napis – w tym miejscu zamordowano ponad osiemset tysięcy Żydów.
Po modlitwie pośród kamieni pomnika-cmentarza w Treblince podróż do Warszawy, na Umschlagplatz. To dla setek tysięcy warszawskich Żydów była pierwsza stacja na drodze do Treblinki. Na innych stacjach te pociągi się nie zatrzymywały. Wykupiony bilet gwarantował dowiezienie do stacji docelowej. Zebrani wczoraj w Warszawie zasłuchali się w treny Jeremiaszowe i poszli pod prąd. Zamiast iść śladem wędrujących w paszczę bydlęcych wagonów, poszliśmy w przeciwnym kierunku, na spotkanie domów, w których żyli, pracowali, ulicami po których wędrowali, do domu dziecka, w którym Korczak i jemu podobni do końca opiekowali się najsłabszymi.
Pewnie szlibyśmy w milczeniu wspominając tamte straszne dni lipcowe 1942 roku. Ale my nie musieliśmy niczego się obawiać. Rodzice wieźli w wózkach swoje pociechy i ich oczy nie musiały być przerażone jak wtedy, ale były radosne i uśmiechnięte. To był w jakiś niezwykły sposób marsz tryumfu. Zbrodniczy plan wymordowania wszystkich Żydów nie powiódł się. Wczoraj rabini kroczyli obok katolickiego księdza i ewangelickiego pastora. Żydzi i chrześcijanie szli obok siebie, rozmawiali ze sobą, pozdrawiali się uśmiechem. To miasto zostało straszliwie zranione przed siedemdziesięciu laty. Ale dziś w tym mieście nie ma już getta i aryjskiej strony. Nikt się nie martwi złym wyglądem i nikt nie musi nosić na ramieniu opaski z gwiazdą Dawida.
Przed domem dziecka, który był celem naszego marszu, Henryk Goldszmidt z podniesioną głową patrzy na przechodzących i nie ukrywa się pod pseudonimem Starego Doktora. Najcudowniejszym zwieńczeniem tego marszu były dzieciaki siedzące za szybą okna nad pomnikiem Korczaka i radośnie pozdrawiające przybyłych swoimi dziecięcymi dłońmi. Nie wolno zapomnieć. Trzeba pamiętać. Warto było wczoraj pojechać do Treblinki. Warto było iść warszawskimi ulicami śladem Janusza Korczaka, jego współpracowników, dzieci i wszystkich dzieci Narodu Żydowskiego którym nie dane było dożyć tego dnia.
