REKLAMA
„Jezus udał się za jezioro Galilejskie, czyli Tyberiadzkie. Szedł za Nim wielki tłum, bo widzieli znaki, jakie czynił. Kiedy więc Jezus podniósł oczy i ujrzał, że liczne tłumy schodzą do Niego, rzekł do Filipa: Skąd kupimy chleba, aby oni się posilili? Jeden z uczniów Jego, Andrzej, brat Szymona Piotra, rzekł do Niego: Jest tu jeden chłopiec, który ma pięć chlebów jęczmiennych i dwie ryby, lecz cóż to jest dla tak wielu?” / por. J 6,1-9 /
Zdarzają się takie trudne sytuacje, które stawiają człowieka przed koniecznością natychmiastowej reakcji. Mówi się, że życie niesie ze sobą niespodzianki. Gdy się pisze CV, to można, a nawet należy, ważyć każde słowo. Podobnie jest z rozmową kwalifikacyjną. Tu trochę trudniej niż z pisaniem, ale również można się przygotować, nauczyć na pamięć standardowych odpowiedzi, w razie czego ugryźć się w język. Gorzej, gdy życie sprawi taką niespodziankę, że czasu na zastanowienie nie ma, a działać, czy też odpowiadać na wyzwanie, należy natychmiast. W efekcie takich zdarzeń wychodzi prawda o nas. Właśnie przy takich okolicznościach bywa, że się nam coś wymsknie, uleje, nieopatrznie powie, impulsywnie zareaguje. Próbujemy oczywiście wypracować systemy wczesnego ostrzegania na tego rodzaju okoliczności. Wyglądamy przez okno, nasłuchujemy komunikatów, dziękujemy życzliwym za dobrą radę czy też ostrzeżenie. Niestety, mimo to, prawie na każdym kroku może nam się przytrafić coś niespodziewanego i wtedy...
Wydaje mi się, że tym tłumem gromadzącym się na pustkowiu zaskoczeni byli nie tylko uczniowie, ale i sam Jezus. Zły to bowiem przewodnik, który wyprowadza ufających mu na bezdroża tylko po to, by im następnie ukazać drogę ocalenia. Nie wierzę w kreowanie takiej sytuacji dla wyrazistszego ukazania mocy Mistrza z Nazaretu. Skądinąd wiemy, że On sam często szukał odosobnienia na pustkowiu. Chodzący z Nim uczniowie mieli więc niejedną okazję, by do tego przywyknąć. Jednak ta wielotysięczna rzesza, którą zobaczył ze wzgórza nadciągającą zewsząd, mogła swym przybyciem zaskoczyć i Mistrza, i Jego uczniów. Przecież ci nadchodzący mieli Go spotkać po raz pierwszy, a może nawet jedyny.
Tym można zapewne wytłumaczyć również nieprzygotowanie wszystkich na zaistniałą sytuację. Wyruszając z domów pielgrzymi nie wiedzieli kiedy, ani też gdzie spotkają Jezusa. Zapewne te poszukiwania trwały na tyle długo, że skończył im się prowiant zabrany w drogę. Znaleźli Go na pustkowiu i sami znaleźli się, chcąc nie chcąc, w sytuacji naprawdę trudnej. Jezus zdaje sobie sprawę, że w jakiś sposób jest temu współwinny. Gdyby ich zgromadził pośród zamieszkanych osad, gdyby nauczając wcześniej odprawił ich do domów, gdyby zorientowawszy się w okolicznościach posłał uczniów, by zakupili chleba, zapewne wyzwanie, przed którym stanęli, nie byłoby tak dramatyczne. Kto teraz weźmie na siebie odpowiedzialność za tysiące ludzi omdlewających z głodu i zmęczenia, a szykujących się do długiej i uciążliwej drogi powrotnej do swych domów? To, że zdesperowani uczniowie dostrzegli chłopca mającego w koszu pięć chlebów i dwie ryby, świadczyć może o tym, że sami uczniowie nie mieli już nawet tego. A przecież nie podejrzewam ich o taką nieroztropność, że nie myśleli o koniecznym posiłku tego wieczoru dla Mistrza, no i dla siebie. Coś poszło nie tak. Albo spotkanie się przedłużyło, albo Mistrz poprowadził ich dalej niż sądzili, albo tłumy okazały się liczniejsze niż przewidywali. W życiu wszystko się może zdarzyć. Tym razem niezwykła moc Jezusa zaradziła temu niespodziewanemu wyzwaniu. Z tego co mi wiadomo, nikomu potem już nie udało się pięcioma chlebami nakarmić wielotysięcznej rzeszy.
A przecież wielu po Jezusie gromadziło tłumy. Wielu wyprowadzało rzesze ludzi na ulice, ale również na manowce lub na skraj przepaści. Gdy gromadzisz tłumy, musisz przewidzieć najrozmaitsze warianty i konsekwencje takiego zgromadzenia. Pytanie skierowane przez Jezusa do apostołów przypomina o odpowiedzialności za tłumy. Za cudzymi plecami mogą ukryć się uczestnicy zgromadzenia, wiecu, manifestacji, mitingu, a nawet rewolucji. Takie prawo nie przysługuje organizatorom i prowodyrom. Ci, widząc gromadzących się, powinni natychmiast sami siebie zapytać: Czym my ich karmić będziemy? Czym zapełnimy nie tylko ich żołądki, ale ich umysły i serca? Dokąd ich poprowadzimy i co mamy im do zaproponowania nie tylko dziś ale na jutro i na daleką przyszłość? Rozkołysać łódź, w której się znajdujemy, stosunkowo łatwo. Co zrobimy jednak, gdy w wyniku tych zabiegów wywrócimy tę łódź albo wypadnie z niej nieszczęśliwie choćby jeden z pasażerów? Podpalić ten świat próbowało wielu - i to skutecznie. Kto jednak odpowie za zgliszcza i kto pochowa tych, którzy nie zdążą uciec przed pożogą? Zgromadzić, skrzyknąć, poderwać, to niełatwe zadanie ale to „pikuś” w porównaniu z tym, co potem.
