REKLAMA
„Jezus rzekł do Żydów: Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a krew moja jest prawdziwym napojem. Kto spożywa Moje ciało i krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim ” / J 6,55-56/
Spróbuj namówić anorektyczkę na podwójną porcję golonki z kluskami śląskimi i zawiesistym sosem. Zapewne podobne rezultaty osiągniesz przestrzegając swoje dzieci przed chodzeniem po kałużach i namawiając polityków, by zamiast politykowaniem, zajęli się pikowaniem sałaty albo uprawą rzodkiewki. Propozycja naszego Mistrza ma w sobie wiele cech podobnej prowokacji. Żydom, a więc i Jezusowi, Prawo zabraniało spożywania krwi. Namawianie do spożywania ludzkiego ciała i ludzkiej krwi zdaje się być nawoływaniem do odrzucenia wszystkiego, w co wierzyli, czego nauczono ich w domach rodzinnych, czego strzegli ich przodkowie. Jezus nie odwołuje się do symboliki, do przenośni, do alegorii. On wzywa do spożywania swego ciała i picia swojej własnej krwi. Mówi dobitnie, że to jest prawdziwy pokarm i że bez tego pokarmu trudno mówić o zbawieniu. Któż zdziwi się, że po takiej przemowie opustoszał plac wokół Jezusa. I dziś to wezwanie nie dziwi tylko chrześcijan. Zapewne większość z nas zawdzięcza to łasce wiary, którą otrzymaliśmy z ręki Najwyższego. Ale przecież i pośród chrześcijan są tacy, którym z wiary w Jezusa pozostał tylko znak krzyża i to tak nieporadnie kreślony, że trudno go komukolwiek rozpoznać.
Ludzie w imię wiary podejmują cały szereg mało racjonalnych zobowiązań. Idą pieszo setki kilometrów, choć obok przystają puste autobusy. Zamiast spać w ciepłym łóżku, biegną do zimnych kościołów o bladym świcie albo w środku nocy. W niektóre dni odsuwają od siebie mięsne wiktuały, choć ślinka im cieknie po brodzie, a kiszki marsza grają. Wyznają obcemu człowiekowi swoje najskrytsze słabości, by móc za chwilę wziąć z jego rąk cieniutki opłatek. Wiarę można pogłębiać, ugruntowywać, umacniać, ale nie sposób nauczyć się wiary albo do wiary przekonać. Dla niektórych z nas świat wiary wydaje się tak oczywisty, że dziwnymi wydają się ludzie, którzy do tego świata nie należą. Dla ogromnej większości, to my - wierzący jesteśmy dziwni.
Leczyć obolałych, pocieszać strapionych, pouczać zagubionych. Takiego Jezusa gotowi są przyjąć również niewierzący. Rozdawać chleb głodującym, ratować dzieci porzucone na śmietnikach, manifestować przeciw wojnie - do tego łaska wiary nie jest konieczna. Ale usiąść w jednej ławce kościelnej z wieloletnim agentem SB i szczerze uścisnąć mu rękę na znak pokoju, to dla wielu wierzących trud ponad siły. Wyspowiadać się wobec cuchnącego alkoholem kapłana albo trwać w wierze mimo ceny zaśpiewanej w kancelarii za chrzest, to jeszcze trudniej, niż Żydowi skosztować krwi.
