Kardynalska godność oznacza dziś szczególne miejsce w Kościele. To jakby potwierdzenie nie tylko prawowierności, ale dobitne wskazanie - ten ci jest prawdziwie przewodnikiem do Królestwa Bożego. To trochę tak, jakby komuś za życia przypisać miano wybitnego pośród gorliwych i pobożnych.

REKLAMA
W tym określaniu szczególnego miejsca kardynałów w Kościele niech pomocą będą nam liczby. Biskupów mamy blisko pięć tysięcy, zaś kardynałów zaledwie dwustu. To coś znaczy, przynajmniej dla niektórych z nas. Warto więc wsłuchiwać się w ich głos, zwłaszcza wtedy, gdy kardynałowie decydują się coś Kościołowi powiedzieć. Bo są w tym gronie i tacy, którzy milczą. Jedni milczą, bo uniemożliwiono im przemawianie i takie milczenie ma niezwykłą moc apostolską. Ale są i tacy, którzy z biegiem lat już nie mają Kościołowi nic do powiedzenia.
Kardynał Carlo Maria Martini z pewnością nie należał do tych milczących. Przemawiał do Kościoła przy różnych okazjach i na wiele różnych sposobów. Jego ostatnie słowa, nazwane przez niektórych jego testamentem, skierował do nas niedługo przed swoją śmiercią. To odważne i ważne dla Kościoła słowa. To słowa niezwykle krytyczne wobec ludzi Kościoła i to słowa kardynała, świadomego odpowiedzialności za Kościół. Tak by się chciało, by się w te słowa Kościół wsłuchał i nad nimi z zadumą zatrzymał. Wielu usłyszało te słowa. Wielu w potoku słów dostrzegło ten głos i zatrzymało się nad nim.
Zajrzałem na stronę Frondy i zadziwiło mnie tylko jedno. Otóż ci świadomi i tradycyjnie konserwatywni katolicy nie pozwolili kardynałowi nawet spokojnie spocząć w grobie. Jeszcze nie zdążył dobrze ostygnąć, a już nasi nadwiślańscy „prawdziwi katolicy” dali hasło do sądu trupiego. Uznali, że wreszcie przyszedł czas, by wobec zamkniętych ust kardynała przemówiły usta polskich obrońców wiary. Rzucili się na wypowiedzi dopiero co zmarłego, na zajmowaną przezeń postawę, a zwłaszcza na krytykę funkcjonowania Kościoła, której był zmarły kardynał niejednokrotnie autorem. To ci dopiero odwaga. Gdy kardynał Martini żył, żaden z autorów Frondy, nie pojechał do niego na rozmowę, by przedyskutować sporne kwestie, by poszukać wyjaśnienia, doprecyzowania, oceny. Teraz nabrali odwagi, chwycili wiatr w żagle i wypłynęli, niczym bałwany, na przestwór oceanu.
Mam nadzieję, że mądre słowa kardynała Martiniego, które pozostawił po sobie, przemawiać będą jeszcze długo i to do wielu. Co zaś do tych „odważnych”, to odbieram ich słowa jak ujadanie kundli, które gdy niedźwiedź zaryczy, biorą ogon pod siebie i z piskiem uciekają. Gdy zaś zobaczą martwego niedźwiedzia, a już najlepiej jego skórę, wtedy z jazgotem rzucają się na zdobycz szczerząc kły.