REKLAMA
W ubiegłym tygodniu w warszawskiej katedrze zgromadziło się wokół trumny znanego polskiego opozycjonisty naprawdę wielu ludzi. To widok w polskich katedrach stosunkowo rzadko spotykany. Wystarczy zajrzeć do którejkolwiek katedry na jakąś religijną celebrę, by bez trudu znaleźć sobie miejsce w rzędach dębowych ławek. Tym razem było inaczej i jak mi się wydaje, nie tylko za sprawą zmarłego, ale również z powodu jednego z księży stojących przy ołtarzu. To nie jest mówca specjalnie wysokich lotów . Nasz seminaryjny wykładowca homiletyki powiedziałby takiemu: ćwiczyć, dużo ćwiczyć i to najlepiej w samotności, żeby cię nikt nie słyszał. Niedostatki oratorskie tego księdza rekompensuje mu grupa klakierów podążających za nim i nagradzających każde słowo burzą oklasków. Tak było i w tym przypadku. Trudno, może to rodzaj wędrownej parafii. Ale w końcu nie była to celebra zorganizowana przez ojca Tadeusza ani nawet ogłoszona z racji promocji jego działań. To była celebra pogrzebowa. Przy trumnie najbliższa rodzina, asysta wojskowa, biskup przy ołtarzu.
Wszystko toczyło się według ustalonego od wieków ceremoniału i w atmosferze, która zazwyczaj towarzyszy obrzędom sprawowanym w kościołach. Aż do momentu, gdy głos miał zabrać przedstawiciel Prezydenta RP, który pośmiertnie nagrodził zasługi zmarłego dla Rzeczpospolitej. To nie spodobało się części zgromadzonych. I oto w katedrze warszawskiej zabrzmiał powtarzany od jakiegoś czasu na Wojskowych Powązkach refren – Hańba, hańba. Słyszała już ten refren i warszawska katedra, gdy niedoszły biskup warszawski Stanisław Wielgus rezygnował z tego urzędu. Słyszeli ten refren warszawscy biskupi na Powązkach w rocznice wybuchu Powstania Warszawskiego. Wtedy nie reagowali. Wtedy pozwolili ludowi wypowiedzieć słuszny gniew, uzasadniony sprzeciw, odreagować wzburzenie. Tym razem nawet biskup dostrzegł, że protestujący naruszyli sacrum kościoła. Poszli o krok za daleko. Nie pomogła interwencja proboszcza katedry, nie poskutkowały słowa warszawskiego biskupa, nawet obecność zgromadzonej przy zmarłym najbliższej rodziny nie ostudziła emocji klakierów. Ośmieleni bezkarnością sięgnęli po kolejny oręż i klaskaniem w dłonie nagradzali swojego idola i uniemożliwiali zabranie głosu osobom według nich niepożądanym. Jeszcze tylko zabrakło powązkowskiego buczenia i ewentualnie kibolskiej przyśpiewki – kto nie skacze ten za Bronkiem hop, hop, hop.
Biskup Jarecki, który przewodniczył uroczystościom pogrzebowym, przekonał się na własnej skórze, że raz dane przyzwolenie trudno cofnąć, a raz uwolnionych emocji nie opanują ani mury katedry ani wezwanie hierarchy, ani nawet interwencja kościelnej służby porządkowej Totus Tuus. Jak będą wyglądały kolejne uroczyste celebry w warszawskich świątyniach, jeśli wierni pójdą za katedralnym przykładem i zaczną warszawskimi refrenami nagradzać, karać, przerywać i uniemożliwiać? Kogo następnym razem wyklaszczą, wybuczą, zhańbią?

Chcesz dostawać info o nowych wpisach?