REKLAMA
„Jezus spojrzał wokoło i rzekł do swoich uczniów: Jak trudno jest bogatym wejść do królestwa Bożego. Uczniowie zdumieli się na te słowa. Lecz Jezus powtórnie rzekł im: Dzieci, jakże trudno wejść do królestwa Bożego tym, którzy w dostatkach pokładają ufność...Wtedy Piotr zaczął mówić do Jezusa: Oto my opuściliśmy wszystko i poszliśmy za Tobą...” / Mk 10,28-33 /
Każdy dodatkowy ciężar utrudnia wędrowanie. Jezus wyjaśnia trudy pielgrzymowania do Królestwa Bożego, ale przecież te zasady obowiązują w każdej wędrowce. Może dlatego wyruszając w długą drogę staramy się zabrać ze sobą tylko to, co naprawdę niezbędne. Choć trzeba przyznać, że ta analogia staje się niestety w naszych czasach coraz mniej czytelna. Nawet wtedy, gdy wybierasz się gdzieś pieszo, to wystarczy, byś miał przy sobie kartę kredytową i już ani śpiwór, ani konserwa turystyczna, ani nawet apteczka pierwszej pomocy nie muszą być dla ciebie obciążeniem. Kiedyś podczas pieszych pielgrzymek ustawiały się kolejki z miskami po wodę, z torbami po chleb i przestępujących z nogi na nogę do toalet. Dziś podobne kolejki ustawiają się do mijanych po drodze bankomatów.
Przed laty wyruszaliśmy na blisko trzytygodniowy wyjazd wakacyjny z dziećmi. Jeden z opiekunów stawił się przy autokarze jako ostatni i to z niemal pustą reklamówką w ręku. Byłem przerażony. Już wyobrażałem sobie, że za chwilę powie, że niestety nie może jechać z nami. A on, uśmiechnięty, przywitał się z dziećmi i zajął swoje miejsce w autokarze. Gdy zapytałem, gdzie ma swój bagaż, odpowiedział, że w tej torebce ma wszystko, co konieczne. Kiedy kilka lat później wyruszał na misje do Brazylii, miał ze sobą tylko bagaż podręczny. Ani plecaka, ani walizki, tylko chuda, jak wtedy podczas wakacji, plastykowa torba na zakupy.
Pielgrzymi, w czasach nazywanych przez młodych gniewnych komunistyczną dyktaturą, szli pieszo polnymi drogami i śpiewali, starsi -„Serdeczną Matkę”, zaś młodsi -„Nie warto na drogę tę sandałów i płaszcza zabierać”. Wtedy Kościół w Polsce nie prowadził fundacji, nie posiadał przywileju odpisów i zwolnień podatkowych, nie organizował niezwykle kosztownych działań marketingowych i promocyjnych, z trudem wznosił nieliczne obiekty dla pękających w szwach seminariów duchownych i kaplice na wielotysięcznych osiedlach bez kościoła. Wtedy bogactwem Kościoła byli wierni. Wtedy ten skarb stawał przed drzwiami kościołów, bo wewnątrz nie było miejsca.
Zdarzali się oczywiście i wówczas potentaci finansowi w sutannach, ale teraz, gdy wspominamy tamte fortuny, pusty śmiech ogarnia. Jednak gdy ważne dla Kościoła w Polsce osoby dziś wyliczają składniki majątkowe przedwojennego Kościoła, to już wcale nie do śmiechu. Bo jeśli roszczenia połączyć z rozpowszechnionym ostatnio sposobem zarządzania odzyskanym mieniem, to można powiedzieć – gospodarka rabunkowa. Sprzedać, wydzierżawić, wynająć lub zamienić, by gotówka popłynęła wartkim strumieniem choćby przez chwilę. Tylko że to jest worek bez dna, a strumyk może rychło wyschnąć bezpowrotnie. Wystarczy popatrzeć, co dzieje się z funduszami gromadzonymi przez całe pokolenia wiernych w tylu krajach świata, by zadrżeć ze zgrozy. Nietrafione inwestycje, niebotyczne odszkodowania, megalomańskie projekty i decyzje, za które nikt nie bierze odpowiedzialności, ale za które wszyscy muszą płacić. A przecież przy takiej strategii finansowej topnieje nie tylko kapitał, ale i zaufanie wiernych do duszpasterzy. Kto zamieszka w nowoczesnych gmachach nowicjatów, jeśli już od dawna nie ma chętnych, by pójść w ślady przedsiębiorczych zakonników i zakonnic? Kto będzie utrzymywał ogromne kościoły i niewiele mniejsze plebanie, gdy księża zatroskani o swoją przyszłość kupują sobie mieszkania, a co zaradniejsi, nawet domki z ogródkiem.
Gdy Jezus przestrzega uczniów przed zgubnymi konsekwencjami uwikłania w pogoń za mamoną, Piotr zdaje się nie słuchać. W relacji Marka nie jest to specjalnie widoczne, ale już Mateusz opisując tę samą scenę przypomina pytanie zadane Jezusowi przez wybranego spośród wybranych – co otrzymamy w zamian za nasze wyrzeczenia i trudy? Kościołowi tutaj na ziemi nic się nie należy. Kościół bogaty przestaje rozumieć prawdziwe potrzeby ludzi, do których jest posłany. Kościół, uwikłany w pogoń za majątkiem, traci z oczu prawdziwy skarb, który został Mu powierzony. Dopóki następcy apostołów powtarzać będą za Piotrem – co my będziemy z tego mieli, ubodzy będą szukać tańszej drogi do królestwa Bożego.

Chcesz dostawać info o nowych wpisach?