REKLAMA
„Jakub i Jan, synowie Zebedeusza, zbliżyli się do Jezusa i rzekli: Nauczycielu, chcemy, żebyś nam uczynił to, o co Cię poprosimy. On ich zapytał: Co chcecie, żebym wam uczynił? Rzekli Mu: Spraw, żebyśmy w Twojej chwale siedzieli jeden po prawej, drugi po lewej Twej stronie. Jezus im odparł: Nie wiecie, o co prosicie... Gdy dziesięciu to usłyszało, poczęli oburzać się na Jakuba i Jana.” /Mk 10,35-38 i 41/
W bramach Jerozolimy, u progu Męki Pańskiej, dwóch spośród apostołów zdecydowało się odkryć karty i zawalczyć o swoje. Uznali, że przyszedł czas, by wyartykułować swoje pragnienia, dążenia i zamysły. Być może zauważyli, że atmosfera się zagęszcza i jakieś przesilenie wisi w powietrzu. Mogli oczywiście, tak jak do tej pory, za plecami Mistrza próbować wywalczyć uprzywilejowaną pozycję dla obu, albo choćby dla jednego z rodziny. Inny Ewangelista wspomina, że z tą bądź co bądź delikatną misją wysłali bracia do Jezusa swoją matkę. A może to matka podpowiedziała ten krok synom? Dziś już trudno będzie to rozstrzygnąć. Fakt jest faktem. Jakub i Jan u samego Mistrza zabiegali dla siebie o najważniejsze godności. Może to i lepiej niż skrycie dążyć do wyeliminowania pozostałych pretendentów, do ich zdyskredytowania, oczernienia, skorumpowania lub nakłonienia do rezygnacji.
Napatrzyliśmy się już w dziejach świata na różne techniki osiągania ważnych stanowisk we wszelakich gremiach i ta postawa synów Zebedeusza specjalnie nas nie dziwi. Skorumpowanie różnorakich struktur społecznych, gospodarczych, politycznych, a nawet kościelnych bulwersuje i niepokoi wielu, ale chyba już nikogo nie dziwi. Przyłapani na gorącym uczynku zwykli bronić się nieśmiertelną frazą – przecież wszyscy tak robią. Niektórzy jeszcze nieśmiało szepczą po kątach, że chcieliby chociaż w sądach doczekać się sprawiedliwości. Innym marzy się, by choćby stróże prawa przestrzegali prawa. Jeszcze inni gorszą się zakłamaniem dostrzeżonym w Kościele i bulwersują się okrucieństwem rodziców wobec własnych dzieci.
A przecież zanim Jakub i Jan poszli za Jezusem, zanim stali się Jego apostołami, uczyli się być ludźmi w swoim domu rodzinnym. Patrzyli jak postępują ich rodzice, nauczyciele, sąsiedzi, starsi ludu. Chyba nikt nie podejrzewa, że tej zachłanności na zaszczyty, którą ujawnili w rozmowie z Jezusem, nauczyli się od Niego. Wszak Jezus usłyszawszy, że tłumy obdarowane przez Niego mocą z wysoka chcą Go ogłosić królem, najzwyczajniej w świecie uciekł przed nimi. Właściwie wtedy Jan i Jakub utracili okazję obwołania się namiestnikami Mistrza z Nazaretu. Pod Jego nieobecność mogli coś uszczknąć ze splendoru oferowanego ich Nauczycielowi.
Może jeszcze wtedy nie byli na to przygotowani? Teraz zdają się być zdeterminowani i gotowi na wszystko. Na każde pytanie Jezusa, żądni awansu mają proste i twarde odpowiedzi. Tak proste i tak puste, jak ich ambicje i dążenia. Czyżby nie słyszeli kazania na górze, gdy Jezus zapowiadał szczęście w ubóstwie, łzach i prześladowaniach? Czyżby nie pamiętali tego, co Jezus opowiadał o rozproszonych owcach, o pasterzach zajmujących się sobą, a nie stadem, o przepychających się do pierwszych miejsc przy stołach i w synagogach?
Właściwie to mógł im Mistrz z Nazaretu zaproponować, i to publicznie, na oczach pozostałych dziesięciu, by zajęli dwa miejsca na wzgórzu poza miastem. Na Golgocie wystarczyłoby miejsca nawet na trzynaście krzyży. A wobec trwogi konania jakoś sobie nie wyobrażam prośby któregokolwiek z apostołów o wtłoczenie mu na głowę korony podobnej do tej, którą przyjął Jezus. Skoro mówił im otwarcie o swojej męce i śmierci, to mógł zamiast słów o tajemniczym chrzcie i kielichu zaproponować, by stanęli przy nim na Lithostratos, naprzeciw wrzeszczącego tłumu. Taka próba wierności. Może wobec tej perspektywy zamilkliby ci dwaj i pozostałych dziesięciu.
Łatwo wzywać innych do heroizmu, bezinteresowności, pokory, a nawet do męczeństwa w imię szczytnych zasad. Właściwie każdy może dziś pouczać zgwałcone – jak powinny postąpić, wykorzystywanych seksualnie – żeby przebaczyli i zapomnieli, oplutych i sponiewieranych – by otarli sobie twarz i nie epatowali innych swoim cierpieniem, zaś wdowy – by wrzuciły do kościelnej skarbony ostatni grosz. Trudniej towarzyszyć rodzinie żegnającej pijaka-samobójcę, odpowiadać na ataki skrzywdzonych przez człowieka w sutannie, patrzeć na karierę cynika depczącego po drodze wszystko co święte. A jeszcze trudniej samemu zająć ostatnie miejsce, nabrać wody w usta i podzieliwszy się ostatnim groszem czekać sprawiedliwości i nagrody w zaświatach.
Nie trzeba być prorokiem, by dostrzec, że papież ma już swoje lata i nie za górami dzień, gdy kardynałowie wybierać będą jego następcę. Wystarczy zajrzeć do Kodeksu Prawa Kanonicznego, by wskazać, którzy polscy biskupi zostawią niebawem swoje diecezje następcom i odejdą na emeryturę. Kto zajmie ich miejsca i po co? Dla Kościoła czasy tryumfu, hossy i uznania odchodzą w przeszłość milowymi krokami. Jutro pozostanie trudna służba wędrowania w poszukiwaniu zagubionych owiec, naprawiania murów rozgrabionej winnicy, uprzątania świątyni i przewiązywania ran pokaleczonym. Czy takich zaszczytów poszukują naśladowcy synów Zebedeusza? Jeśli tak, to czeka na nich znacznie więcej wolnych miejsc u boku Mistrza.

Chcesz dostawać info o nowych wpisach?