REKLAMA
„Gdy Jezus razem z uczniami i sporym tłumem wychodził z Jerycha, niewidomy żebrak, Bartymeusz, syn Tymeusza, siedział przy drodze. Ten słysząc, że to jest Jezus z Nazaretu, zaczął wołać: Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną. Wielu nastawało na niego, żeby zamilkł.” / Mk 10,46-48 /
Ciekawe, ile osób przygodnie spotkanych na ulicy miasta lub miasteczka potrafiłoby nazwać z imienia swojego proboszcza, burmistrza, czy choćby dyrektora miejscowej szkoły. A przecież z racji piastowanych stanowisk te osoby są na ogół publicznie znane i rozpoznawalne. Nie pytam już o imiona byłych marszałków sejmu, kolejnych prymasów Polski albo kardynałów, którzy zostali papieżami. Pamięć ludzka jest ułomna i zachowuje tylko wybrane imiona, wybrane osoby i najbliższe sercu informacje o nich. W Jerycho podczas wizyty Jezusa było zapewne wiele ważnych dla tamtej społeczności osób, ale ani o szczegółach pobytu w tym mieście, ani o osobach, z którymi Jezus się spotkał, nie usłyszeliśmy w tej relacji ani słowa. O tym żebraku natomiast dowiadujemy się nie tylko, że siedział przy drodze poza miastem, ale również poznajemy jego imię, a nawet imię jego ojca. Nie był zapewne Bartymeusz jakąś znaczącą osobą, bo wtedy żebrałby nie na drodze za miastem, ale na ulicach i placach Jerycha. Gdyby był kimś powszechnie znanym, to nie tylko nie nastawano by na niego żeby zamilkł, ale natychmiast zaprowadzono by go do Jezusa.
Co więc sprawiło, że spośród tłumu niewymienianych z imienia uczniów, słuchaczy, szukających pomocy dla siebie i swoich bliskich, czyhających na jakieś potknięcie Nauczyciela z Nazaretu, czy choćby pospolitych gapiów - tego człowieka wymieniono z imienia? Nie znam odpowiedzi na to pytanie, choć wiem, że na takie wyróżnienie zazwyczaj należy sobie zasłużyć. Zasłużyć można pozostawiając po sobie ślad trudny do pominięcia. Czasem ślad szczególnego dobra, a czasem dotkliwej podłości. Jaki ślad zostawił po sobie ten żebrak, że wspominamy po wiekach jego imię? Nie wiem. Wierzę jednak, że na kartach Ewangelii imiona nie pojawiają się bez przyczyny.
Niejednokrotnie w historii, gdy chciano, by jakiś człowiek odszedł w całkowite zapomnienie, zacierano ślady, które tamten po sobie zostawił. Najpierw pozbawiano go dobrego imienia. Wymazywano takie imiona, skuwano je z reliefów i wydrapywano z manuskryptów. Domy tych ludzi obracano w ruinę, a ich samych chowano w bezimiennych grobach. Tak postępowano ze zbrodniarzami wojennymi, ale również z politycznymi przeciwnikami. Niektórych wyrzucano z helikopterów w otchłań morza, spalone prochy innych wysypywano w nurt rzeki. Komando 1005 nawet kości ofiar wydobywało z grobów i rozbijało na drobny pył. Henryk Grynberg wspomina o powojennych ekipach ekshumacyjnych, które wykopywały zwłoki zamordowanych, by je pogrzebać w innym miejscu. Zakopywano ich tam, gdzie byli jeszcze bardziej bezimienni niż wtedy, gdy mordowano ich w pobliżu rodzinnego miasteczka, w miejscu pamiętanym przez świadków, w okolicznościach i otoczeniu pozwalającym odkryć ich tożsamość. Wyruszającym w bój zawieszano na szyjach nieśmiertelniki, by można było odnaleźć ich samych lub choćby ich grób po latach. Nawet nieznanemu żołnierzowi przypisujemy miejsce gdzie poległ, stopień wojskowy, okoliczności śmierci. To tak, jakby próbować odczytać jego niepowtarzalne imię. Wyruszających na ścieżki życia nikt nie wyposaża w identyfikatory. Każdego dnia grawerujemy w pamięci spotkanych nasze imiona niczym nieśmiertelniki żołnierzy. Każdy człowiek ma swoje imię i ma do niego niezbywalne prawo.
Warszawski Klub Inteligencji Katolickiej zainicjował w ubiegłym roku akcję „Imiona”. To próba przywrócenia ludzkiego oblicza konkretnym Żydom zamordowanym podczas ostatniej wojny. Uczestnicy tej akcji przywracają zamordowanym pamięć i godność przez przywoływanie ich po imieniu. Przy różnych okazjach, w różnych miejscach, wspominamy dawnych żydowskich mieszkańców miast i miasteczek, by wydobyć ich niepowtarzalne historie z cienia anonimowości. Czasem uda się wskazać adres, pod którym mieszkali, zawód, którym się parali, czasem imiona współmałżonka i dzieci, z którymi odeszli w paszczę śmierci. Podczas takich wypominków dzieci idące z Januszem Korczakiem i Stefanią Wilczyńską znów nazywamy po imieniu, czasem po nazwisku, bardzo rzadko wspominając imię ojca. Gdy w Węgrowie, Kielcach, Pułtusku, Otwocku, Jasienicy, Kielcach, Warszawie i tylu, tylu miejscach na naszej polskiej ziemi brzmią ich imiona, to trochę tak, jakby oni sami znów stanęli pośród nas, w oknach domów, alejkach parków, na drogach i placach, blisko, na wyciągnięcie dłoni.
Ewangeliści Mateusz i Łukasz zapisali historię bezimiennego żebraka przy drodze do Jerycha. Wspominając tę samą historię Marek nazywa żebraka spod Jerycha Bartymeuszem i sprawia, że po tylu wiekach staje się on nam bliższy, bardziej ludzki.
