Dopiero co, na spotkaniu Rządu z przedstawicielami Kościołów i związków wyznaniowych wystąpił pewien minister z apelem o reakcje hierarchów na niebezpiecznie wzbierające w społeczeństwie emocje, na hasła rozbrzmiewające nienawiścią, na apele o zajmowanie obiektów państwowych, na strzelanie (na razie w internecie) do wizerunku prezydenta, na propozycje referendum w sprawie zgładzenia premiera, na próbę (na razie nieskuteczną) wysadzanie sejmu i takie różne harce, których świadkami jesteśmy w ostatnim czasie.
REKLAMA
Wszyscy to widzimy, wielu to naprawdę niepokoi, a są i tacy, którzy są tą narastająca tendencją przerażeni. W obliczu takich zjawisk, zachowań i apeli, które mają swoją nieprzewidywalną dynamikę i aż nadto przewidywalną zdolność wymykania się spod jakiejkolwiek kontroli, odpowiedzialni za ład publiczny zwracają się zazwyczaj o pomoc do autorytetów.
Tak bywało niejednokrotnie w powojennej historii naszej Ojczyzny, gdy rządzący, nawet ci szczerze niechętni Kościołowi, prosili biskupów o pomoc i łagodzenie emocji i nastrojów społecznych. Historia wspomina i o pozytywnej reakcji hierarchów na takie prośby i o równie pozytywnych skutkach społecznych takich zabiegów. Pan minister zachował się w tym samym duchu, ale wiele wskazuje na to, że trudno będzie i o podobne zrozumienie ze strony Kościoła jak i o jednoznaczną z tej strony odpowiedź na apel ministra. Nie ma już w Episkopacie człowieka na miarę prymasa Wyszyńskiego, który swoim autorytetem zarówno pośród biskupów jak i wiernych Kościoła, mógł być partnerem takich rozmów i adresaci tego rodzaju apeli.
Obawiam się również, że dziś aż nazbyt wyraziste i jednoznaczne zaangażowanie wielu przedstawicieli Kościoła po jednej ze stron konfliktu, może sprawić, że apel ministra stanie się przysłowiowym rzucaniem grochu o ścianę. Minister wzywa biskupów do chrześcijańskiej reakcji na niebezpieczne zjawiska, które mogą doprowadzić do tragedii. Jest trochę jak świecki „Skarga” apelujący do hierarchów w imię dobra wspólnego.
Dokładnie w tym samym czasie ksiądz redaktor naczelny jednego z katolickich tygodników pisze wstępniak w którym jest i Michnik, i Gazeta Wyborcza, i Smolar, i Giertych, i PSL, i PO, i PIS, i Liga Polskich Rodzin, i Młodzież Wszechpolska, i Palikot, i Wildstein, i Tusk, tylko ani słowa o Jezusie i Jego Dobrej Nowinie. Z tego tekstu księdza redaktora wyziera baczny obserwator życia politycznego i procesów targających nasza Ojczyzna.
Czyżby minister i ksiądz redaktor zamienili się rolami? Czy jest to jednostkowy przypadek, czy może znak głębszej tendencji zarówno w Kościele jak i pośród ważnych przedstawicieli życia publicznego z zewnątrz Kościoła? Może jutro kazania zaczną głosić posłowie i senatorzy a księża wejdą na polityczne trybuny i staną na czele równie politycznych pochodów i manifestacji. Nie chcę takiego Kościoła i myślę, że w tej niechęci nie jestem odosobniony.
