REKLAMA
„ Jezus powiedział do swoich uczniów: Będą znaki na słońcu, księżycu i gwiazdach, a na ziemi trwoga narodów bezradnych wobec szumu morza i jego nawałnicy. Ludzie mdleć będą ze strachu w oczekiwaniu wydarzeń zagrażających ziemi. Albowiem moce niebios zostaną wstrząśnięte. Wtedy ujrzą Syna Człowieczego...” / Łk 21,25-27/
Bardzo stare powiedzenie głosi – Jak trwoga to do Boga. Ponieważ jednak trwogi ci u nas w każdym pokoleniu pod dostatkiem, a powiedzenie nic nie wspomina o widzialnej gołym okiem ziemskiej reprezentacji Pana Boga, tylko o Nim samym, więc i o weryfikację tych słów niezwykle trudno. Gdyby chodziło o odprawienie w takich okolicznościach jakichś zewnętrznych obrzędów, spotkanie i ucałowanie ręki osoby konsekrowanej albo wpisanie się do księgi takiej lub innej, to można by to spróbować podliczyć, podsumować, sprawdzić i wyciągnąć wnioski. Gdy jednak mowa o zwróceniu się do Niewidzialnego i na dokładkę Wszechobecnego, to trudno zarówno o potwierdzenie, jak i o zaprzeczenie takiemu stwierdzeniu. Legendą obrosły zapiski o ostatnich chwilach ludzi wielkich i znanych, a rodzinne opowieści upamiętniające zachowania bliskich w obliczu trwogi, zagrożenia, konania, przerażenia - cechują się głębokim subiektywizmem. Niektórzy przypominają sobie w taką godzinę bezpowrotnie zdawać by się mogło zapomniane słowa modlitwy, a inni wzywają Boga bez słów - spojrzeniem, westchnieniem, łzami. Nie będę nawet próbował analizować tych zachowań z przyczyn wyżej nazwanych. Trwoga, taka prawdziwa, przerasta każdego, inaczej nie byłaby trwogą. A jeśli przerasta, to znaczy nie sposób się na nią przygotować. Być może paraliżuje, a może uwypukla w nas to, co najistotniejsze. Objawia nasze prawdziwe oblicze albo uwalnia czające się wokół, a może i wewnątrz, demony.
Boga nikt nigdy nie oglądał, zaś Syna Człowieczego, jeśli wierzymy, że był nim Jezus z Nazaretu, to i owszem, oglądało bardzo wielu Mu współczesnych. Żydowskie otoczenie, wierne biblijnemu zakazowi czynienia wizerunków, również wizerunku Jezusa z Nazaretu następnym pokoleniom nie przekazało. Opisy Ewangelistów nie wspominają ani o szczegółach wyglądu Jezusa, ani też o jakichś powszechnych i spektakularnych przemianach spowodowanych przez samo spojrzenie na Niego. Wielu przychodziło i odchodziło, a zostawali, i to na krótko, tylko nieliczni. Zapewne byli i tacy, którzy po jakimś czasie wracali pamięcią do spotkania z Jezusem i może nawet dziękowali Bogu za Tego, który przyszedł im z pomocą w trudną dla nich godzinę. Ogromna większość raczej z czasem zapominała o doznanej łasce i zajęta pokonywaniem codziennych życiowych trudności, szukała wsparcia i zrozumienia pośród bliskich. Jeśli wierzyć informacjom przekazywanym przez niektóre media, to naukowcy związani z NASA odtworzyli oblicze człowieka spowitego w całun zwany turyńskim. Czy tak właśnie wyglądał Jezus z Nazaretu? Tu znów potrzebna jest kolejna porcja wiary w autentyczność całunu, w umiejętności amerykańskich naukowców i w dobrą wolę koloryzujących wizerunek domorosłych artystów. Czy takiego właśnie Syna Człowieczego rozpoznamy przychodzącego na obłokach? Nie wiem. Pouczenie skierowane do uczniów nie precyzuje tej zapowiedzi.
Spojrzenie łotra umierającego w męczarniach na krzyżu na ukrzyżowanego tuż obok Jezusa, pozwoliło mu dostrzec coś niezwykłego. Dzięki temu dane mu było usłyszeć pożądaną przez każdego z wierzących obietnicę. Ale przecież umierający tuż obok inny skazaniec nie doznał takiej przemiany. Co więc sprawiło, że jeden uchwycił się tej szansy, zaś drugi już to jej nie dostrzegł, już to nią wzgardził?
Są takie widoki, do których wracamy po latach, a nawet po dziesiątkach lat i karmimy się nimi, umacniamy, nabieramy mocy i odzyskujemy nadzieję. Bywają i takie obrazy, które tak nas bolą i przerażają, że uciekamy od nich odwracając wzrok, zaciskając powieki, wypierając z pamięci i zakrzykując tamte wspomnienia. Kto spoglądał na ten amerykański wizerunek, ten nie dostrzeże w nim nic groźnego i przerażającego. Czy jednak Syn Człowieczy, gdy przyjdzie na obłokach przy końcu czasów, nie będzie na nas spoglądał wzrokiem skrzywdzonych przez nas, zapomnianych i odepchniętych? Czy w jego rysach nie dostrzeżemy tego widoku, który czasem niepokoi nasze sumienia?
Cóż więc robić w obliczu wydarzeń zagrażających ziemi, choćby to była tylko ziemia naszej Ojczyzny, naszej wioski, czy ziemia naszego rodzinnego podwórza? Nie dokładajmy naszej cząstki do tego, co może innych zatrwożyć, przerazić i popchnąć w otchłań. Do nawałnicy przetaczającej się przez świat nie dołączajmy naszej garści frustracji, gniewu i rozgoryczeń. Do przerażającego wielu szumu morza nie dodawajmy naszych wrzasków, ryków i buczenia. To wszystko bowiem powróci do nas gdy Syn Człowieczy będzie zstępował na obłokach.
