REKLAMA
„Było to w piętnastym roku rządów Tyberiusza Cezara, gdy Poncjusz Piłat był namiestnikiem Judei, Herod tetrarchą Galilei, brat jego Filip tetrarchą Iturei i kraju Trachonu, Lizaniasz tetrarchą Abileny, za najwyższych kapłanów Annasza i Kajfasza skierowane zostało Słowo Boże do Jana, syna Zachariasza, na pustyni. Obchodził więc całą okolicę nad Jordanem i głosił chrzest nawrócenia na odpuszczenie grzechów.” / Łk 3,1-3 /
Wyruszył Jan z pustyni do ludzi żyjących we współczesnym mu świecie i zaniósł im orędzie szorstkie jak sierść wielbłądzia, którą się okrywał. Nie były to słowa pocieszenia i obietnicy przemiany na lepsze. Było to orędzie zapowiadające gniew Boży zbliżający się ku Ziemi Obiecanej, ku narodowi wybranemu przez Boga, ku ścianom jerozolimskiej świątyni. Miał ten człowiek w sobie coś tak niezwykłego. Znane od wieków słowa i zdania wypowiadał tak skutecznie, że nawet faryzeusze wypełniwszy skrupulatnie swoje religijne obowiązki szli posłuchać Jana. Czasy nie były dobre, ale przecież każde pokolenie zmagać się musi z różnorakimi przeciwnościami i nawet co poniektórzy mówią, że jak jest zbyt dobrze, to też nie jest dobrze. Głosił więc Jan powierzone mu na pustyni orędzie ludziom obarczonym wieloma słabościami, należącym do zwalczających się stronnictw, kolaborującym i z rzymską władzą, i z samarytańską mniejszością. Nikogo w drodze nie omijał, dla każdego miał radę zbawienną, był w słowach twardy i jednoznaczny, ale jednocześnie przeciw nikomu nie występował, ani jątrzył, nikogo nie potępiał. Potrafił rękę podać tonącemu w bagnie grzechów i piętnował te grzechy, ale nie piętnował ludzi. Słuchali go nawet ci, którzy nie zwykli słuchać kogokolwiek. Wiemy, że nawet Herod chętnie słuchał Jana, nazwanego z czasem Chrzcicielem.
Gdy na Stolicę Apostolską wstępował Jan Paweł II, w jego ojczyźnie rządzili komuniści. Dzieci przychodziły na katechezę do remizy strażackiej, do prywatnych domów, albo na plebanię. Wtedy seminaria duchowne pękały w szwach, a siostry zakonne w Polsce trudno było zliczyć. W Moskwie rządzili komuniści, w Pradze rządzili komuniści, w Berlinie rządzili komuniści, a w Paryżu i Amsterdamie nie rządzili komuniści i tam pozamykano seminaria duchowne, a kościoły stały otwarte, ale puste. W ogromnej większości szkół i szpitali, a już zwłaszcza w żadnym urzędzie nie wisiały krzyże, za to wisiał krzyż prawie w każdym polskim domu. W Polsce mało który ksiądz mógł się wtedy zająć budowaniem kościoła, bo władze nie wydawały urzędowych zezwoleń. Księża więc spowiadali, katechizowali dzieci, nawiedzali chorych, prowadzili pielgrzymki, odprawiali adoracje. Takie to były czasy.
Dziś zostało komunistów akurat tylu, by ich można było dzieciom pokazywać w telewizji i straszyć nimi jak ongiś żelaznym wilkiem albo Babą Jagą. Wielkorządca w Moskwie skłania głowę przed krzyżem. W Pradze, w Berlinie i w Kijowie bez obawy mógłby dziś wystąpić na największych placach współczesny Jan Chrzciciel, jeśliby się taki znalazł. Dziś mało który burmistrz, wójt, czy choćby sołtys pozwoli sobie na to, by zadrzeć z miejscowym proboszczem, że o biskupie nie wspomnę. Już ustalono listę świąt katolickich, w które to dni mają obowiązkowo świętować i katolicy, i ci inaczej wierzący, i ci niewierzący zupełnie. Tylko czekać wydrukowania obrzędów namaszczenia na komendanta policji, czy straży pożarnej, na dyrektora szkoły, czy na lekarza rodzinnego.
Jeśli jest tak dobrze, to dlaczego nie jest dobrze? Statystyki straszą, taca coraz lżejsza, kolejne drzwi podczas kolędy miast się gościnnie otworzyć, z trzaskiem się zamykają.
Jan przyszedł do współczesnych sobie z pustyni, na której lata całe słuchał Boga. Większość dzisiejszych kaznodziejów przychodzi do kościoła sprzed telewizora i nie ma wiernym właściwie nic do zaproponowania ponad to, co oni sami mogą sobie obejrzeć, posłuchać czy przeczytać.
