REKLAMA
,, Gdy Elżbieta usłyszała pozdrowienie Maryi, poruszyło się dziecko w jej łonie, a Duch Święty napełnił Elżbietę.” /Łk 1,41 /
Dar słowa, tego wypowiadanego i tego pisanego, trudno dziś przecenić. Przy jego pomocy przekazujemy sobie nawzajem wiedzę, pragnienia, owoce indywidualnych dociekań i przeżyć, wezwania do współdziałania i zachęty do podejmowania lub odstąpienia od określonych poczynań. Możemy posługiwać się językami słów i gestów, umownych znaków i zaszyfrowanych symboli. Bez względu jednak na sposób komunikowania się między nami dajemy tym samym znać, że nie jesteśmy sobie obojętni. Sympatia, niechęć, zatroskanie czy rozdrażnienie znajdują swój zewnętrzny wyraz. Czasem słychać intymne, rodzinne kwilenie na sąsiedniej ulicy i to pomimo zamkniętych okien. A innym znów razem, choć człowiek słowa nie wypowie, widać po kącikach ust, po dziwnym blasku oczu i ledwie dostrzegalnym drżeniu serdecznego palca, że czekał na nas, choć stara się to przed nami ukryć. Legendy opowiadają o kwiatach, które zakwitały na śladach pozostawionych stopami dobrego człowieka. Nie chcę przez to powiedzieć, że nasze wydeptane wśród perzu ścieżyny są świadectwem naszej nieprawości.
Wszyscy wypatrujemy dobrego człowieka, takiego godnego marmurowej tablicy albo jakiegoś spiżowego popiersia, a jednocześnie unikającego wszelkich honorów, poklasku i rozgłosu. Człowieka, który będzie miał dla nas czas i cierpliwość i wyrozumiałość. Będzie wielki dla wielu, ale jednocześnie bliski dla nas. Gdy Matka Teresa, przed wielu, wielu laty, odwiedzała nasze warszawskie seminarium duchowne, trudno ją było dostrzec. Niepozorna i przygarbiona przeszła obok rozwiniętego dla niej czerwonego chodnika i powiedziała kilka słów, które mogliśmy już wcześniej wyczytać z różnych wywiadów i opracowań. Ale gdy odjechała, wielu zwlekało z opuszczeniem tego miejsca. Zostawiła po sobie takie słowa bez słów, które napełniły kościół na Krakowskim Przedmieściu i ponoć ciągle jeszcze można je tam usłyszeć. Nie wiemy, w jaki sposób Maryja pozdrowiła Elżbietę, ale wiemy, że było w tym pozdrowieniu coś tak cudownego, że serdecznie dotknęło nie tylko Elżbietę i dziecko w jej łonie, ale nawet Ducha Świętego wezwało z nieba do udziału w tym spotkaniu.
