REKLAMA
„W owym czasie wyszedł dekret Cezara Augusta, żeby przeprowadzić spis ludności w całym państwie/.../udał się więc Józef z Nazaretu do Betlejem, żeby się dać zapisać z poślubioną sobie Maryją, która była brzemienna.” / Łk 2,1 i 4-5/
Co z nami będzie? Dekrety, ustawy, uchwały, zarządzenia, rozporządzenia, kodeksy, okólniki, przepisy wewnętrzne i branżowe, i innych bez liku. Cała ta prawna machina kręci się z oszałamiającą mocą od wieków i na wieki wieków amen. Zapewne co mniej pobożni już na początku naszej ery klęli w żywe kamienie Cezara Augusta za jego dekret i związane z nim niedogodności. Ale to lud owych czasów sformułował sentencję: „dura lex sed lex”, a inni złośliwie tłumaczyli ją jako -być może głupie, ale jednak prawo. Szemrząc lub nie, ruszał więc każdy w drogę do miejsca, gdzie się urodził, by się dać według prawa zapisać.
Gdyby tak Józef wziął nas sobie za doradców, to podpowiedzielibyśmy Mu, co robić. Może za naszą namową posłałby gdzie trzeba zapiskę, że żona rodzić będzie i chłop w domu jest potrzebny, a nie w delegacji, choćby jak najbardziej służbowej. Mógłby coś tam naskrobać o złym stanie dróg w kraju i o wyższości prawa mojżeszowego nad prawem rzymskim. Albo i o tym, że nie pora w drogę gdy święta Bożego Narodzenia za pasem, a żona brzemienna i wszystkie choinki, kluski z makiem i karpie na jego siwej głowie.
Ale właściwie to dobrze, że nic nie napisał, jeszcze by ktoś po latach poddał w wątpliwość autorstwo tej zapiski i dopiero by się narobiło. Swoją drogą to mieli już wtedy dobry bałagan w Cesarstwie. Po latach ani wyników tego spisu, ani list spisowych, ani nawet samego dekretu historycy nie mogą odnaleźć. Zupełnie jak w naszych czasach u niejednego prawodawcy.
A swoją drogą ciekawe jak żydowski Pan Bóg dogadał się z niewierzącym Cezarem Augustem w sprawie tego dekretu, żeby się jednak mógł Jezus urodzić w Betlejem, a nie w Nazarecie. Wystarczyłoby, żeby Cezar poszedł poddanym na rękę i posłał rachmistrzów spisowych od domu do domu jak księży po kolędzie i mielibyśmy klops z powidłem, to znaczy bezmięsne schabowe. Wszystkie kolędy trzeba by przerabiać, chrześcijańscy pielgrzymi omijaliby Betlejem z daleka, a właściciele gospód, tawern i hoteli poszliby z torbami.
Mierzymy ewangeliczne wydarzenia miarką naszych współczesnych emocji. Wygrażamy właścicielowi niegościnnej gospody. Wkładamy pasterzom w ręce serek garwoliński i świeże bułeczki, i miód akacjowy. Jezusowe pieluchy pierzemy najlepszym proszkiem, by niewygodny ślad nie zakłócił boskiej harmonii. A razem z Aniołem krótkowidzem tylko jedną Matkę ostrzegamy przed siepaczami Heroda głusi na płacz pozostałych betlejemskich matek.
Przygaśmy światła na choince, czystą wodą wypłuczmy usta po świątecznych wiktuałach, weźmy do ręki jedną kromkę chleba i znów poczujmy jego smak. Boże Narodzenie ma smak chleba. Jest w zasięgu każdej dłoni, a tylko nieliczni rękę poń wyciągają.
