REKLAMA
„Kiedy tam przebywali, nadszedł dla Maryi czas rozwiązania. Porodziła swego pierworodnego Syna, owinęła Go w pieluszki i położyła w żłobie, gdyż nie było dla nich miejsca w gospodzie...” / Łk 2,6-7 /
Stawiamy obraz wydarzeń betlejemskiej nocy w dobrze widocznym miejscu. Jedni czynią to, by tę ikonę ze czcią adorować, inni, by się jej bardziej lub mniej uważnie przyglądać, jeszcze inni, by ją wykorzystać do sobie wiadomych celów. Umieszczamy więc ten wizerunek na kartach pocztowych, na witrynach sklepów, w kościołach, na placach miast, w domach pod choinką, albo i w oknie. Bywa, że rzucimy nań okiem, bywa, że się przy nim na chwilę zatrzymamy. A może warto, byśmy my, wierzący w niezwykłość wydarzenia tamtej nocy, w tym obrazie przejrzeli się niczym w lustrze. Trudne to zadanie. Ewangeliści przekazują skąpe informacje na temat wydarzeń z tego obrazu, a i te należałoby poddać krytycznej analizie. Spróbujmy jednak znaleźć wśród tych skąpych informacji figury pasujące do nas, do naszych czasów, do naszej rzeczywistości.
W Maryi nie zamierzam się przeglądać. I to wcale nie za sprawą frustrata usiłującego zniszczyć farbą Jej wizerunek, albo polityka próbującego ten wizerunek wyszydzić. Maryja jest dla mnie uosobieniem tego wszystkiego, co chciałbym spotykać w każdym człowieku. Jestem pełen czci dla wielkich dzieł, których Najwyższy w Niej dokonał, ale jestem również pełen podziwu dla Jej kobiecej pokory, dobroci, taktu, dyskrecji, wytrwałości, wierności i tylu jeszcze przymiotów, których tak nam brakuje i za którymi tak tęsknimy. To wielkość, do której wszystkim nam niewyobrażalnie daleko, ale jednocześnie to kobieta, do której można podejść tak blisko, jak dzieciak przytulający się do matki - brudny, zasmarkany, krnąbrny, uparty, nieposłuszny, wulgarny a nawet głupi. Tak do Niej się zbliżam i przed tą ikonią Narodzenia Pańskiego po prostu ze łzami w oczach dziękuję za to, że jest. Tego wizerunku nie zamażą farbą, nie potną Jej mieczem, nie spłonie w ogniu ludzkich sporów.
O świętości Józefa również nie wątpiłem, nie wątpię i wątpić nie zamierzam, ale gdzie miał rozum ten świątobliwy mąż, żeby powierzoną jego opiece małżonkę tuż przed rozwiązaniem ciągnąć ze sobą w drogę? Święci i błogosławieni miewali, oprócz godnych naśladowania dzieł, czynów i postaw, również takie, które są dowodem ludzkiej ograniczoności i słabości. Ta podróż z Maryją, tuż przed narodzinami Jezusa. chwały Józefowi nie przysparza. Jeśli nawet wybrał się w tę podróż dokładnie poinstruowany przez anioła, co mogło się przecież zdarzyć, to mógł wyruszyć w drogę miesiąc wcześniej albo dwa tygodnie później. Za dnia zazwyczaj wszystko wygląda inaczej, zaś pośpiech nigdy nie jest dobrym doradcą. Pewnie już nazajutrz znalazło się miejsce u dobrych ludzi, gdzie mogli spokojnie zamieszkać i czekać, aż mędrcy ze Wschodu dotrą z pokłonem i z darami. Nie mamy świadectw o wykształceniu Józefa, ale do dziewięciu zapewne umiał liczyć i z obserwacji otoczenia mógł się domyślać, co nastąpi pod koniec dziewiątego miesiąca ciąży Maryi. Mężowie, przygotujcie wszystko, co zdołacie, na dzień rozwiązania.
Nie ma na tej ikonie arcykapłanów ani kapłanów, ani nawet uczonych w Piśmie. Kto wie, może dlatego dorosły Jezus będzie na nich taki cięty w swoich wypowiedziach, pouczeniach i przestrogach. Pojawią się już niebawem, by odebrać w świątyni dwa gołębie z rąk rodziców nowo narodzonego. Dziś wielu wypomina tej grupie nad-obecność w wielu niesakralnych miejscach, wydarzeniach czy sporach. Dziś słyszymy pouczenia duchownych dotyczące poczęcia, narodzin, aktu małżeńskiego, badań prenatalnych, różnorakich procedur medycznych dotyczących płodności. Czasem myślę sobie, że może lepiej by było, by i dziś, tak jak w tamtą noc betlejemską, pozostali w świątyni i czekali, aż małżonkowie sami przyjdą prosić o radę. Wolę słuchać biskupa, gdy śpiewa Alleluja, niż gdy się wypowiada o plemnikach, śluzie, naprotechnologii i prezerwatywach. W tych kwestiach świeccy potrafią radzić sobie całkiem nieźle bez pomocy duchownych.
Najbardziej dziwi mnie milcząca nieobecność kobiet betlejemskich. Większość z nich miała już zapewne za sobą trud i niepewność brzemienności, więc los rodzącej powinien być im szczególnie zrozumiały i bliski. Może ich tam nie było, ale może to po prostu męskie spojrzenie na wydarzenie w Betlejem. Wszak czego by nie mówić o Ewangelistach, to jedno jest pewne, wszyscy czterej byli mężczyznami. Może dla nich, jeśli w szopie nie było żadnego poza Józefem mężczyzny, to znaczy, że Święta Rodzina została w noc narodzin pozostawiona sama sobie. Jakoś mi się nie chce wierzyć, by miejscowe kobiety nie otoczyły życzliwym i pomocnym wianuszkiem rodzącej niewiasty, utrudzonej drogą z daleka. O taką solidarność kobiet zdaje się apelować ta scena narodzin w szopie. Ale może to niepotrzebny apel, bo coś mi się zdaje, że kobiet o takiej postawie pouczać nie trzeba.
O mężczyznach już poniekąd wspomniałem. Nie męska to rzecz pomagać przy porodzie. Przypadek z poznańskiej plebanii pokazał to aż nazbyt wyraźnie. Ale męską rzeczą jest zadbać o to, by następne pokolenia miały się gdzie urodzić i gdzie wzrastać, i by było komu za jakiś czas płacić podatki i emerytury, i granic strzec, i tak dalej, i temu podobne. Nie wiem, gdzie w tamtych czasach rodziły kobiety, ale nie chce mi się jakoś wierzyć, by była to „szopa bydłu przyzwoita i to jeszcze źle pokryta”. Może i na dzisiejsze czasy zamiast tak zwanych okien życia warto by się zdobyć, w katolickim kraju, na katolicką klinikę położniczą z prawdziwego zdarzenia. Klinikę, do której nawet bez ubezpieczenia, bez rejestracji i co najistotniejsze – bezpłatnie, mogłyby kobiety przybyć, by urodzić. Jeśli zabiorą dziecko ze sobą, cieszmy się i radujmy. Jeśli dziecko zostawią, będzie od razu pod troskliwą opieką. Byleby tylko nie powielono tam procederu hiszpańskich zakonnic, podstępnie odbierających ongiś dzieci ich prawdziwym rodzicom. Nie chciałbym, żeby się Jezus urodził w gospodzie. Ale pozostawianie dziecka w jakimś oknie, nawet ogrzewanym i z dzwoneczkiem, też mi się specjalnie nie podoba. Taka klinika, zamiast ciągłego narzekania na NFZ, ministra i premiera, więcej by dobra przyniosła i tym kobietom, i ich dzieciom, a i Kościół zyskałby lepsze oblicze.
O pasterzach zdań kilka. Jeśli poruszeni, podobnie jak Józef, głosami aniołów, podążyli do Betlejem po godzinach pracy, pozostawiając stada pod opieką drugiej zmiany, albo i nowo przyjętych praktykantów, to jeszcze pół biedy. Jeśli jednak rzucili wszystko, by po nocy chodzić w Betlejem od drzwi do drzwi w poszukiwaniu nowo narodzonego Mesjasza, to już kłopot. Obawiam się, że niedługo potem musieli sobie szukać nowej roboty. Mam nadzieję, że dorosły już Jezus, nauczając o pasterzach, którzy porzucają stado, a wilk owce porywa i rozprasza, nie miał na myśli tamtych pasterzy spod Betlejem. Są oczywiście sprawy ważne i ważniejsze, i jeszcze takie niecierpiące zwłoki. Ale ja jestem przeciwnikiem przerwy w pracy na opłatek albo odwoływania lekcji matematyki z powodu szkolnej wigilii.
Służby specjalne i przedstawiciele resortów siłowych w tamtych wydarzeniach zapiszą się jako niezwykle sprawni funkcjonariusze publiczni, działający zgodnie z ówczesnym prawem i rozkazami sprawującego władzę Heroda. Najpierw, zbadawszy sprawę, doniosą mu o braku konstruktywnej współpracy ze strony mędrców – cudzoziemców, a następnie wyeliminują zagrożenie dla władcy, używając metod powszechnych w tamtych czasach. Podobnych metod używać będą służby watykańskie w czasach Borgiów i nie tylko watykańskie, i nie tylko w tamtych czasach. Po jakimś czasie, również zgodnie z ustanowionym prawem, chrześcijanie ochrzczą pośmiertnie żydowskich chłopców i włączą młodzianków do panteonu chrześcijańskich męczenników, bez pytania ich samych i ich najbliższych o zgodę. A swoją drogą mogli mędrcy okazać więcej rozsądku i nazwać poszukiwane dziecię geniuszem, mesjaszem albo prorokiem. Mówić królowi o nowym pretendencie do tronu to ani dyplomacja, ani nawet roztropność. Urzędnicy, agenci tajnych służb, mędrcy i dyplomaci, nie zapominajcie o skutkach waszych działań. W majestacie prawa i zgodnie z procedurami można niejednego człowieka zaszczuć, zniesławić, a nawet pchnąć w stronę, z której nie ma odwrotu.
Jeszcze zdanie o właścicielu gospody w miasteczku. Już ojciec Abraham dał przykład, by nieznajomych wędrowców przyjąć gościnnie. Abraham po dziewięciu miesiącach zobaczył nagrodę. Coś mi się zdaje, że gościnnego właściciela gospody również by nagroda nie ominęła. Może nawet byłby wspominany podczas każdej liturgii, jak nie przymierzając Piłat w wyznaniu wiary. Jego potomkowie mogliby liczyć na dozgonną wdzięczność u chrześcijan wszystkich wieków i pokoleń, chyba że w którymś pokoleniu chrześcijanie okazaliby się akurat antysemitami, co niestety zdarzało się już parę razy w ciągu tych dwu tysięcy lat. Na pociechę potomkom tamtego właściciela gospody rzeknę słówko. Jakoś sobie dziś nie wyobrażam hotelarza, nawet w ultrakatolickim kraju, który by wystawił na chodnik walizki jakiegoś bankiera, by zrobić miejsce dla ubogiej Żydówki, która za chwilę będzie rodzić.
Spoglądamy z różnych stron na wizerunek Bożego Narodzenia. Przyglądamy się mu i przeglądamy w nim. Ten odbity obraz wyszedł nam jakoś mało świątecznie, mało optymistycznie, mało po chrześcijańsku. A może to nie obraz, może to odrobina trudnej prawdy o nas, w Uroczystość Narodzenia Pańskiego AD 2012 ?
