REKLAMA
Od świąt Narodzenia Pańskiego wędruję z wizytą duszpasterską od domu do domu odwiedzając moich parafian. Jednych spotykam z rana, z innymi rozmawiamy w godzinach południowych, jeszcze innych odwiedzam, gdy jest już ciemno. Często wychodzą naprzeciw, czekają przy furtce, w uchylonych drzwiach, stoją z uśmiechem na progu domu. Bywa, że przykuci chorobą lub starością do łóżka, czekają w czterech ścianach na to spotkanie. Po tych kilku latach już wiem, gdzie na schodach mocno schylić głowę, które drzwi w ciemnym korytarzu prowadzą na strych albo do piwnicy. Znam drogę na skróty do sąsiedniego domu i pamiętam, która furtka otwiera się dopiero gdy ją podnieść trochę ku górze. Niestety po raz kolejny zdarza mi się pomylić drogę przez las, i potknąć o wystającą od dawna z chodnika płytkę, i zawadzić głową o zardzewiały drut rozciągnięty pomiędzy drzewami. To takie uroki i niespodzianki wiejskiego kolędowania.
Pewnego razu, a było to już ze dwie godziny po zmroku, dotarłem do domu trochę na uboczu. Przez odsłonięte okno z daleka widać było ustawione na stole świece. Furtkę w ogrodzeniu od rozświetlonego wnętrza domu dzieliła przestrzeń kilkunastu zaledwie metrów. Nacisnąłem klamkę furtki i natychmiast podbiegły do niej dwa niewielkie, ale zajadle ujadające kundle. Ich wyszczerzone zęby nie pozostawiały najmniejszych wątpliwości co do losów mojej sutanny, spodni a może nawet zmęczonych całodziennym wędrowaniem łydek. Bezskutecznie oczekiwałem reakcji domowników. Styczniowy, mroźny wiatr gwizdał wśród gałęzi drzew, kundle wytrwale rzucały się na ledwie uchylaną furtkę, za oknem czekały świece i krzyż na stole, a ja stałem przed furtką zaproszony do wnętrza i nie mogący skorzystać z tego zaproszenia. Po kilku dniach odwiedzili mnie parafianie z tego domu pytając, dlaczego nie przyszedłem do nich po kolędzie.
Papież wzywa cały Kościół, a zwłaszcza Kościół w Europie, do podjęcia dzieła nowej ewangelizacji. To znaczy wzywa, by wyjść naprzeciw ludziom, którzy odeszli od Kościoła, ludziom niezainteresowanym orędziem Dobrej Nowiny, ludziom poszukującym sensu życia i autorytetów, którym mogliby zaufać. Gdy przysłuchuję się kolejnym wypowiedziom niektórych przedstawicieli Kościoła w moim kraju, przypominam sobie opisaną powyżej scenę z kolędy. Kogo ci ludzie, stojący za ogrodzeniem Kościoła, postrzegają jako reprezentantów tegoż Kościoła? Kogo spotykają, otwierając tę furtkę, i kogo usłyszą, gdy zdecydują się skorzystać z ewangelizacyjnego zaproszenia? Czy wejdą do środka zniechęcani atakami nielicznych, nierasowych, mało reprezentatywnych, ale jakże głośno ujadających na każdego próbującego wejść, albo i na przechodzących mimo? Ilu tych poruszonych Słowem wyczytanym w Biblii cierpliwie czekać będzie na mrozie, aż ktoś wreszcie uciszy kundle i przywoławszy je po imieniu, bezpiecznie wprowadzi przybysza do środka? Dla ilu, tych mniej wytrwałych, wizytówką Kościoła pozostanie na długo zardzewiała furtka, wyblakła tablica z godzinami urzędowania i wspomnienie jazgotu tych obrońców domu gościnnie rozświetlonego i niedostępnego zarazem?

Chcesz dostawać info o nowych wpisach?