REKLAMA
„A żył w Jerozolimie człowiek imieniem Symeon. Był to człowiek prawy i pobożny, wyczekiwał pociechy Izraela, a Duch Święty spoczywał na nim. Za natchnieniem Ducha przyszedł do świątyni. A gdy rodzice wnosili Dzieciątko Jezus, aby postąpić z Nim według zwyczaju Prawa, on wziął je w objęcia, błogosławił Boga i mówił: Teraz o Władco, pozwól odejść słudze Twemu w pokoju.(...) Była tam również prorokini Anna. Liczyła już osiemdziesiąty czwarty rok życia. Nie rozstawała się ze świątynią, służąc Bogu w postach i modlitwach dniem i nocą. Przyszedłszy w tej właśnie chwili, sławiła Boga i mówiła o Nim wszystkim, którzy oczekiwali wyzwolenia Jerozolimy” / por. Łk 2,25-29 i 36-38 /
Któż by nie chciał dożyć lat sędziwych, oczywiście w zdrowiu, jasności umysłu i pełnej świadomości dni swoich. Byłby wreszcie czas, by odpocząć po trudach czynienia sobie ziemi poddaną, wychowywania dzieci, sadzenia drzew i podobnych im zajęciach wypełniających człowiekowi większość dni jego. Siadać każdego ranka na werandzie lub balkonie domu, przyglądać się, jak to inni pracują na dostatnią emeryturę, sadzą drzewa, dzieci prowadzą do przedszkola albo i na studia, patrzą w naszą stronę i utrudzeni myślą, że i oni kiedyś zasiądą podobnie w bujanym fotelu z fajeczką w ręku i błogim spokojem na twarzy. Trochę to idylliczny obrazek, ale przecież nie surrealistyczny. Niestety z biegiem lat i tu coś strzyka, i tam coś boli. To pamięć zawodzi, to znów zawodzi towarzystwo emerytalne, które miało gwarantować sielankową starość. To NFZ znów zmienił koszyk leków refundowanych i przyjdzie sięgnąć głębiej do portfela, by wykupić te najpotrzebniejsze, to znów lekarz wyznaczył wizytę na taki termin, że można i nie dożyć.
Jakoś trzeba będzie sobie z tą starością poradzić, bo choć wszyscy woleliby być ciągle młodzi, silni, zwarci i gotowi, to ani się człowiek obejrzy, a już kolejni specjaliści zaczynają odsyłać do geriatry, na schodach dopada zadyszka, a dzieci zaczynają się rozglądać za domem spokojnej starości, oczywiście nie dla siebie. Jeszcze w ubiegłym roku komunistyczne władze Chin wprowadziły na terenie tego imperium obowiązek odwiedzania rodziców przez ich dzieci. Kilka tysięcy lat wcześniej podobny obowiązek nałożył na swoich wyznawców Bóg Żydów, i nie tylko Żydów, nakazując czcić ojca i matkę. Władze Chin obwarowały swój nakaz odpowiedzialnością karną, zaś Pan Bóg do przykazania dołączył w promocji specjalna obietnicę. Rozglądając się wokoło mam wątpliwości, czy któryś z tych sposobów zabezpieczy rzeszę starych ludzi na całym świecie przed żebraczym chlebem, dotkliwą samotnością i przeświadczeniem, że już dłużej żyć nie warto.
Jurek Owsiak, niech Pan da mu długie życie i to, co mu do życia godziwego potrzebne, zauważył że powoli, acz skutecznie, zdąża w stronę starości. Tym samym wzrokiem zdołał też dostrzec, że ilość łóżek geriatrycznych w naszym kraju ma się nijak do rosnącej z roku na rok liczby weteranów pracy i życia w ogóle. Zagrała więc w tym roku Owsiakowa orkiestra dla maluchów i „starszaków”, i jakoś nie pojawiło się wrażenie kakofonii. No oczywiście nie u wszystkich. Czujne cerbery, które nasłuchują każdego słowa dyrygenta WOŚP, natychmiast usłyszały zapowiedź zestawów eutanazyjnych, które jakoby Jurek będzie produkował, rozprowadzał i oczywiście uczył wolontariuszy ich obsługiwania.
Na starych rycinach, w starych opowieściach i w niektórych zakątkach naszego świata można zobaczyć relikt przeszłości – rodzinę wielopokoleniową. To znaczy taką, w której pod jednym dachem mieszkają razem dzieci, rodzice i dziadkowie. Ten model rodziny odchodzi w przeszłość, a w jego miejsce rosną jak grzyby po deszczu domy pogodnej starości, w których ani pensjonariuszy, ani starości nie brakuje, ale kłopot coraz większy z tą pogodą ducha. Oczywiście są takie stadia starości, że bez specjalistycznej i na dokładkę całodobowej opieki nie sposób sobie poradzić. Są tacy staruszkowie, którzy zostali zupełnie sami i w takim domu czują się potrzebni i bezpieczni. Ale są i tacy, którzy oddani do domu starców, zobaczą swoich bliskich raz, dwa razy w roku, albo i wcale. Czyż to nie jest najtańszy zestaw do eutanazji? Zobacz dziadku, jesteś już tylko ciężarem. Co miesiąc musimy opłacać twój pobyt, i te leki, i te pampersy. Już nikomu nie jesteś potrzebny, a dla nas jesteś tylko źródłem kłopotów. Geriatrzy mówią, że najpierw gaśnie w człowieku chęć życia, a następnie gaśnie samo życie.
W jednej z polskich diecezji, a wyczytałem, że nie tylko w tej jednej, wydano dekret, iż emerytowani księża mają się wynieść ze swojej parafii do domu starców albo poszukać sobie innej parafii, która ich przygarnie. Zgromadziłeś przez lata wiernych, którzy stali się parafialną rodziną. Razem zbudowaliście kościół. Posadziliście wokoło drzewa. Teraz, z tego wspólnego domu, wynoś się dziadku. Rozmawiałem z wieloma spośród nich. Są rozżaleni, zniechęceni i czują się niepotrzebni. Poczuli się oszukani i odepchnięci. Nie jedno serce starego księdza odchoruje albo i nie przeżyje takiej eksmisji. Od kogo teraz uczyć się będą parafianie szacunku dla starych ludzi i opieki nad nimi? Czy taki biskup kolejnym swoim listem lub homilią przekona wiernych, że starzy ludzie nie są ciężarem, że mają prawo dożyć śmierci w godnych warunkach, pośród bliskich. A swoją drogą ciekawe jak wielu biskupów - emerytów zamieni pałac biskupi na pokoik w domu kapłańskiej starości. Starość sama w sobie jest trudnym życiowym doświadczeniem. Czy naprawdę musimy ją czynić sobie nawzajem ciężarem nieznośnym?
