REKLAMA
„Duch wyprowadził Jezusa na pustynię, aby był kuszony przez diabła.” / Mt 4, 1 /
W obliczu straszliwej fali zbrodni w Rwandzie, kiedy to kilkaset tysięcy Tutsi zostało zarąbanych maczetami przez swoich sąsiadów z wioski, ze szkoły i z kościelnej ławki, próbowano i nadal podejmuje się próby znalezienia winnych tamtego ludobójstwa. Obserwatorzy analizują wpływ różnorakich wydarzeń, osób, podejmowanych w tej społeczności działań i tragicznych w swych skutkach zaniechań. Trudno uznać za winnych Belgów, którzy rozdali Rwandyjczykom dowody osobiste z rubryką na wpisanie przynależności do Tutsi lub do Hutu. Trudno też winić francuskich żołnierzy, którzy dosyć sprawnie ewakuowali białych urzędników, personel dyplomatyczny, księży i siostry zakonne, oczywiście tylko białe. Niestety okazali bezsilną bezczynność w obliczu mordu, w który zaangażowały się jednocześnie dziesiątki tysięcy ludzi we wszystkich zakątkach tego kraju. Po krachu zbrojnej interwencji w Somalii siły międzynarodowe przełykały po raz kolejny gorzką pigułkę niemocy wobec ludobójstwa.
Niektórzy, a wcale nie jest ich w świecie tak niewielu, uznało tamte wydarzenia za porażkę ewangelizacyjnego dzieła Kościoła. Wszak Rwanda uważana była za jeden z najbardziej katolickich krajów Afryki, a katolickie kościoły widać było w większości wiosek, miast i miasteczek. To właśnie te kościoły budziły nadzieję na ocalenie i to do nich zrozpaczeni ludzie ciągnęli ze wszystkich stron. Niestety zamiast azylu, pomocy i obrony znajdowali tam straszliwą śmierć.
Dziś społeczność międzynarodowa finansuje programy resocjalizacyjne, odbudowuje infrastrukturę, organizuje i opłaca kształcenie nowych kadr dla odradzającego się państwa. Kościół ze swej strony najpierw udzielił azylu, a następnie bronił niektóre siostry zakonne i księży, którzy zostali oskarżeni o udział w tamtych zbrodniach. Gdy wreszcie przyszło znów stanąć twarzą w twarz z powracającymi do swych domów Tutsi i Hutu, jako winnego tamtej krwawej nocy, która spowiła Rwandę, wskazano diabła i jak Piłat wodą święconą próbowano obmyć ślady winy.
Jakiś czas temu jeden z księży, analizując stan Kościoła w naszym kraju, problemy, z którymi przychodzi nam się zmierzać, szerzącą się jak epidemia ignorancję religijną wiernych, spadek liczby kandydatów do seminariów duchownych i zakonnych nowicjatów, różnorakie skandale w parafiach i diecezjach, również sięgnął po podobną diagnozę. Winien jest diabeł i jego dzieła w najważniejszych gremiach państwa i Kościoła. Jeśli tak, to receptą powinno być kształcenie zastępów nowych egzorcystów i rozsyłanie ich do wskazywanych przez codzienne sygnały medialne, coraz liczniejszych ognisk zapalnych.
Niektórzy przestępcy, schwytani tuż po dokonaniu okrutnych zbrodni, broniąc się przed odpowiedzialnością powołują się na tajemniczy głos, który nakazywał im pastwić się, zadawać ból i wreszcie zabijać. Ślady, świadkowie i okoliczności wskazują jednoznacznie na sprawcę. Zbrodniarz powołuje się na diabła i momentalnie ze sprawcy przeistacza się w ofiarę. W każdym z tych przypadków diabeł okazuje się być wygodnym kozłem ofiarnym, na którego rogatą głowę można zrzucić winy osobiste i społeczne, mając pewność, że prokuratura będzie miała poważny problem z przesłuchaniem podejrzanego, a organy ścigania okażą się równie skuteczne, jak społeczność międzynarodowa i Kościół w Rwandzie.
Na początku kolejnego Wielkiego Postu znów spotykamy diabła rozmawiającego z Jezusem. Nie muszą się sobie przedstawiać. Znają się od zawsze. Ta ich wzajemna wiedza o sobie nie uprawnia jednak do tego, by określić tych dwóch terminem - znajomi. Obawiam się, że zatykający diabłem dziury w przeciekającej łodzi Kościoła i w rozsypujących się domach rodzinnych, czy gmachach publicznych, nie wiedzą, co czynią. Tak przywołany diabeł staje się wspólnikiem, a nie sprawcą dotykających nas kataklizmów. Zdarza się, że ktoś w chwili złości nazwie drugiego diabłem albo szatanem. Może to wynikać z przypisywania diabłu wszystkiego, co u nas ludzi najgorsze, najbardziej podłe, najokrutniejsze.Wydaje mi się, że my ludzie wymyśliliśmy już tyle niewyobrażalnych niegdyś okrucieństw, krzywd i sposobów poniżania innych, że wypowiedziane dziś na wysokiej górze przez samego diabła propozycje wyglądają raczej na akademicką dysputę i starcie przeciwników na diabelsko nie-ludzkim poziomie.
Zamiana kamieni w chleb, skoki z narożnika świątyni i próba korupcji na wysokiej górze jakoś łagodnie brzmią wobec odrąbywania dziecięcych głów maczetą, rozpruwania brzemiennych kobiet i palenia ludzi żywcem. Moc złego ducha jest ogromna, ale okazuje on światu swoje wpływy jedynie za pośrednictwem posłusznych mu sprawców. Jakoś się duchów nie lękam. Gdy jednak spotykam niektórych moich braci lub siostry, zimny pot przerażenia zrasza mi czoło. Ciekawe, czy w tych obawach jestem odosobniony?
