„Jezus wziął z sobą: Piotra, Jakuba i brata jego Jana i wyprowadził ich na górę wysoką, osobno. Tam przemienił się wobec nich.” / Mt 17, 1-2 /
REKLAMA
Kiedyś Bóg wybrał sobie spośród wszystkich narodów ziemi jeden i to akurat naród żydowski, by całemu światu objawić swoje zamysły, zamiary i wyroki. Z boskimi zamysłami lepiej się nie spierać, bo jak historia ludzkości długa i szeroka, nie udało się wymyślić i zaproponować jakiejś konkurencyjnej alternatywy. Z biegiem wieków ten sam Bóg wybrał chwilę stosowną, by Żydom, a poprzez nich całej ludzkości, posłać Mesjasza. Tego wybawiciela wszyscy czekali, ale tylko nieliczni rozpoznali, a jeszcze mniej liczni stanęli przy Nim w godzinach Jego tryumfu, nazywanego przez sceptyków całkowitą klęską. Ten Mesjasz wybrał sobie spośród wielkiej rzeszy uczniów dwunastu zaufanych, których pouczał i którym swoje pouczenia wyjaśniał i tłumaczył cierpliwie, i bez większych rezultatów. Spośród tych dwunastu wybrał trzech jeszcze szczególniejszym wyborem, a z nich jednego, by uchwyciwszy ster łodzi Kościoła, poprowadził tę łódź do wiekuistego portu zbawienia.
Ponieważ od tamtych boskich wyborów ludzkość doświadczyła różnorakich monarchów, tyranów, despotów, uzurpatorów, wodzów, satrapów, generalissimusów, kanclerzy i innych przywódców, to i specjalnie się nad boskimi wyborami nie zastanawiała i nie przyszło jejdo głowy poddawanie ich w wątpliwość, albo co gorsza odrzucanie. Niestety (według jednych) albo na szczęście (według innych) z biegiem wieków coraz liczniejsi przedstawiciele naszego gatunku zerwali z tradycją posłusznego poddawania się zapadającym gdzieś na górze wyborom. Nauczyli się nie tylko samemu podejmować decyzje dotyczące własnych losów, ale i aktywnie uczestniczyć w decydowaniu o losach całych społeczności. Niektórzy oczywiście chcieliby powrócić do czasów, gdy to ojciec wydawał za mąż córki nie pytając ich o zdanie, jedyna słuszna partia wyznaczała wodza dla narodu, a biskupi namaszczali w katedrze króla, który innych pretendentów do tronu zawczasu skrócił o głowę. Zachciało się wielu ludziom wziąć swoje życie we własne ręce i chyba tej tendencji nie uda się już odwrócić. Każdy taki wybór, czy to własny, czy dokonany przez kogoś innego, wiąże się z odrzuceniem całego mnóstwa alternatywnych możliwości. Być może ku zadowoleniu jednych i zupełnej dezaprobacie innych. Nie da się żyć w monogamicznym związku z kilkoma partnerami jednocześnie. Nie ma jeszcze takiego systemu politycznego, by rządziło naraz dwu premierów z wrogich sobie ugrupowań politycznych. Wreszcie wyruszając w drogę będziemy się przybliżać do jakiegoś celu, jednocześnie oddalając się od innych.
Każdego dziesiątego dnia miesiąca ciągnie pod pałac prezydencki na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie pochód ludzi, z których część przynajmniej jest święcie przekonana, że obecny prezydent Rzeczpospolitej nie powinien piastować tego urzędu i najlepiej gdyby natychmiast abdykował. Demokratyczne wybory dla tych ludzi nie mają w tej kwestii żadnego znaczenia. Nawet gdyby pan Komorowski wygrał je w pierwszej turze i to miażdżącą przewagą nad konkurentami, to dla swoich przeciwników i tak byłby uzurpatorem na tym urzędzie. Podobnie rzecz się ma z premierem, marszałkami sejmu i senatu, prezydentami miast, burmistrzami, wójtami, sołtysami i dyrektorami szkół. Jeszcze się taki nie narodził, co by wszystkim dogodził.
Czy jednak ostateczność i nieodwracalność dokonanych wyborów, w tym również boskich i tych dokonanych przez Mesjasza, nie pozwala nam stawiać pytania - dlaczego właśnie taki wybór? A gdyby tak ów przywilej boskiego wybraństwa przypadł nie Żydom, ale praprzodkom naszych sąsiadów zza Odry, albo Mongołom, Czeczenom lub Turkom. Przez wrodzoną nam Polakom pokorę nie postawiłem naszej nacji pośród alternatywnych wobec narodu żydowskiego wybrańców Boga. A gdyby tak zamiast zdrajcy Judasza, szukających pierwszeństwa Jakuba i Jana albo niewiernego Tomasza, wybrał sobie Jezus na apostołów Nikodema, Józefa z Arymatei, a może nawet w ramach minimalnego choćby parytetu Marię, która ongiś najlepszą obrała cząstkę. Gdyby na górę, zwaną później Górą Przemienienia, zabrać Judasza i celnika Lewiego, to może odmieniłoby to przyprawioną jednemu z nich gębę i zaowocowało lepiej niż inwestowanie w Piotra, Jakuba i Jana, którzy potem w Ogrójcu nawet jednej godziny nie potrafili czuwać u boku ukochanego Mistrza.
Każdy wybór niesie ze sobą niebezpieczeństwo pomyłki. Najtrafniejszym weryfikatorem naszych wyborów okazuje się życie. Jedne wybory uwiecznia się w granicie, inne zakrywa wstydliwie zasłoną milczenia. W historii każdego narodu, w historii Kościoła, a nawet w historiach naszych rodzin moglibyśmy bez trudu wskazać aż nazbyt wiele wyborów nietrafionych, zawstydzających czy wręcz głupich. Gdy więc przychodzi nam po raz kolejny dokonać jakiegoś wyboru, może wcześniej warto za tamtą zasłonę zajrzeć ku przestrodze.
