REKLAMA
Ostatnie dni spędziłem głosząc wielkopostne rekolekcje pośród katolików na Białorusi. To były cudowne dni spotkań z ludźmi, którzy na własnej skórze doświadczali przez całe lata, co to znaczy cierpieć za wiarę, ile trudu przychodziło włożyć, by tę wiarę wyznawać, jaką cenę zmuszani byli płacić za to, że przyznawali się do swojej wiary. Nie budują sobie pomników, nie wypisują swoich zasług na spiżowych tablicach, nie wypełniają wniosków o ordery, odznaczenia, nagrody. Choć bardzo wielu z nich to już ludzie sędziwi, to ich wiara i pobożność mają w sobie tyle żywotności, że mogliby z niej zaczerpnąć ku odrodzeniu katolicy w wielu krajach Europy.
To było zaledwie kilka dni, ale gdy wróciłem do Polski i przeczytałem, i odsłuchałem wypowiedzi niektórych przedstawicieli naszego Kościoła poczułem się zażenowany i zawstydzony. Po co zabierać głos, jeśli się nie ma nic mądrego czy dobrego do powiedzenia? Po co wypowiadać słowa, które tylko ranią, oskarżają, zrażają do Kościoła? Kościół w bardzo wielu sprawach głosi zasady, kryteria i postulaty, których ludzie spoza Kościoła nie podzielają. Tak już jest. Kościół jest i pewnie pozostanie w wielu sprawach znakiem sprzeciwu. Jednak pikietowanie sklepów mięsnych w piątki i blokowanie wejść do hipermarketów w niedziele wywoła raczej rozśmieszenie czy nawet rozdrażnienie klientów niż szacunek dla bronionych w ten sposób przekonań religijnych. Coraz częściej jest tak, że od poglądów i argumentacji niektórych przedstawicieli Kościoła stronią nawet wierni przyznający się do swojej kościelnej przynależności.
Głupia, obraźliwa, piętnująca wypowiedź księdza z komisji bioetycznej episkopatu odbiła się szerokim echem zarówno pośród niewierzących, jak i pośród wierzących w kraju i za naszymi granicami. Każdemu może się zdarzyć przejęzyczenie, nieopatrznie wypowiedziana fraza lub nie do końca jasno wyrażona kwestia. Ale powiedzieć słowa, które piętnują, obrażają, stygmatyzują i po prostu bolą, a następnie powtarzać je po wielokroć i nic sobie nie robić z powszechnego oburzenia, jakie ta wypowiedź spowodowała - tego nic nie tłumaczy. A przecież wystarczyło równie publicznie, jak wypowiedziało się tamte obraźliwe słowa, powiedzieć słowo – przepraszam. Przepraszam wszystkich, których tymi słowami dotknąłem, których uraziłem, których naraziłem na przenikliwe spojrzenia postronnych wypatrujących na twarzach owej piętnującej „bruzdy”. Wykształcony człowiek, który nie potrafi przewidzieć katastrofalnych skutków swoich słów, wycofać się z nich, przeprosić i choćby spróbować naprawić wyrządzone krzywdy, daje złe świadectwo o sobie i o gremium, które reprezentuje.
Ja nie jestem w stanie naprawić tego, co ten ksiądz zniszczył. Piętno, które ten ksiądz wycisnął na wizerunku Kościoła jeszcze długo będzie nam towarzyszyć. Ja ze swej strony, jako ksiądz tego samego Kościoła, bardzo wszystkich dotkniętych tamtymi słowami przepraszam.

Chcesz dostawać info o nowych wpisach?