REKLAMA
Wydarzenia nabierają tempa na tyle, że stare wypróbowane od wieków sposoby ich komentowania dezawuują się na naszych oczach. Oto papież postanowił i zrealizował to, o czym odwiecznym obrońcom wiary katolickiej się nie śniło. Zrezygnował, choć nasi rodzimi i bliscy im zagraniczni komentatorzy mówili, że „z krzyża się nie schodzi”. Zszedł. A komentatorzy na moment nabrali wody w usta, boć przecie nie będą papieża-emeryta posądzać o czyn, który do tej pory uznawali za szkodliwy dla wiary, dla Kościoła i w ogóle.
Ustalali więc w międzyczasie, co będzie robił, jak się będzie ubierał, jaki tytuł będzie nosił, że zamilknie, że nie będzie pisał, że nie będzie publikował... minęło zaledwie kilkanaście dni i wiele z tych przepowiedni okazało się funta kłaków warte. Żyjący człowiek nadal sam podejmuje decyzje o słowach, które wypowiada, które notuje, szepcze komu zechce do ucha albo zapisuje w pamięci komputera. Czym nas jeszcze zaskoczy, co nam – Kościołowi i ludziom dobrej woli, którzy się z Kościołem nie utożsamiają - zostawi jeszcze w darze, ( poza możliwościom sfilmowania i pokazania całunu zwanego turyńskim ) ? O tym się przekonamy za jakiś czas, a może za trochę dłużej. Nie chciałbym być na miejscu tych wszystkowiedzących komentatorów, którzy za chwilę znów będą wykręcać kota ogonem, by nie przyznać się do swych błędów i by nadal wyjaśniać niewtajemniczonym, co ten i ów miał na myśli, gdy mówił, milczał lub tajemniczo się uśmiechnął.
Po odejściu papieża pojawił się następny temat – konklawe. Komentatorzy, apologeci, katoliccy publicyści sięgają do najskrytszych tajemnic, zaglądają za zasłony uchylające się tylko przed nimi i dzielą się w sekrecie wiadomościami „z pewnego źródła”. Jednej informacji już dziś nie da się jednak ukryć ani ujawnić tylko wybranym. Otóż papieża będą wybierać kardynałowie, a ci mają swoje życiowe historie, znane nie tylko ludziom Kościoła, ale dzięki środkom masowej informacji dostępne prawie każdemu. I oto jacyś „profani” podali w wątpliwość udział w konklawe dwóch kardynałów. Cóż za jawna ingerencja w wewnętrzne sprawy Kościoła, cóż za arogancja, cóż za tupet. Zwołano naprędce konferencję prasową za spiżową bramą, przypominając niedopuszczalność tego rodzaju presji na Kościół. Chwilę później ustępujący już papież przyjmuje rezygnację jednego ze wspomnianych kardynałów i zdejmuje go z urzędu. Drugi kardynał również informuje, że na konklawe się nie wybiera. Co teraz mają powiedzieć, napisać broniący kardynalskiej czci za wszelką cenę ? Co zrobić, by wścibskie media nie zlustrowały, nie prześwietliły teraz w podobny sposób i pozostałych kardynałów elektorów?
Jakby na domiar złego, kardynał – prymas Szkocji O'Brien publicznie przyznał się i przeprosił za swoje postępowanie, które dla wielu było źródłem zgorszenia. Przeprosił publicznie i zapowiedział wycofanie się z życia publicznego, by poddać się swoistej ekspiacji i pokucie. „O tempora, o mores”. Jakich to czasów dożyliśmy. A co się stanie, jeśli ten przykład z Rzymu, ze Szkocji, z Austrii dotrze nad Wisłę i tu znajdzie naśladowców? Czyich przeprosin chcieliby posłuchać wierni naszego Kościoła? Czyjej pokucie w zamkniętym klasztorze przyklasnęliby w duchu i w prawdzie?
