REKLAMA
„W tym czasie zbliżali się do Jezusa wszyscy celnicy i grzesznicy, aby Go słuchać. Na to szemrali faryzeusze i uczeni w Piśmie...”/ Łk 15, 1-2 /
„A gdy był jeszcze daleko, ujrzał go jego ojciec i wzruszył się głęboko, wybiegł naprzeciw niego, rzucił się mu na szyję i ucałował go...” / Łk 15, 20/
Jeden z naszych polskich biskupów jakiś czas temu wypominał niewierzącym, że w czasie stanu wojennego pchali się do zakrystii, a teraz jakoby porzucili Kościół, a nawet wytaczają przeciw niemu „armaty”. Niesprawiedliwe słowa. Na dokładkę wypowiedziane publicznie i to przez hierarchę. Takie słowa rzucają cień na cały Kościół. Po co zostały wypowiedziane? Jakie dobro przyniosą i komu się przysłużą? Kto po tych słowach będzie jeszcze chciał słuchać tego hierarchę? Jezus tym, którzy doń przychodzili, nie tylko celnikom i grzesznikom, ale nawet faryzeuszom i uczonym w Piśmie służył, jak potrafił, nie przebierając w gronie słuchaczy jak w ulęgałkach, ale wykorzystując każdą chwilę, by głosić dobre słowo. Służył każdemu człowiekowi, choćby ten był najgłębiej upadłym i nie rokującym poprawy. Kiedyż to w naszym polskim kościele ludzie niewierzący lgnęli do kruchty, nawy czy choćby nawet do zakrystii? Jan Paweł II sprawił, że wielu ochrzczonych w kraju nad Wisłą odkurzyło swoją wiarę i odnowiło swoją pobożność. Wielu wierzących wówczas przypomniało sobie drogę do świątyni, a nawet publicznie przyznawało się do wiary. Niewierzący, przynajmniej niektórzy z nich, przytulili się do Kościoła w trudnym czasie stanu wojennego. Wtedy zazwyczaj nikt ich nie pytał, skąd i po co przybyli. Traktowano ich jak swoich, którym jest trudno, którzy są w potrzebie. Oczywiście nie wszędzie i nie wszystkich. Byli wśród ludzi Kościoła i tacy, którzy już na progu robili im egzamin z katechizmu. A wśród przybyłych znaleźli się i tacy, którzy nie tylko ogrzali się w kościołach, ale w Nim pozostali. Tylko głupiec będzie dziś wypominał udzieloną ongiś gościnę. Ale może warto przy tej okazji postawić sobie pytanie, czy ludzie Kościoła wykorzystali dobrze tamtą szansę dla głoszenia Dobrej Nowiny tym, którzy jej przedtem nie znali, a oto przyszli i chcieli słuchać. To była prawdziwie chwila sposobna. Można było tchnąć w słuchaczy szacunek dla każdego człowieka. Można było uczyć o powszechnej ludzkiej godności i o miłosierdziu, które nie zna miary. Można było ukazywać Kościół jako ojca wypatrującego zagubionych dzieci i wybiegającego naprzeciw powracającym, choćby byli jeszcze bardzo, bardzo daleko od domu.
Podczas wizytacji dziekańskich i biskupich kontrolowane są księgi parafialne. Pośród nich wizytujący sprawdza między innymi księgi konwertytów i apostatów. Zazwyczaj to tylko okładki i czyste stronice. Taka introligatorska, nieskalana formuła. Wszyscy drżymy na myśl, że i w naszej „książce odejść z Kościoła” mogą pojawić się wpisy. Chyba jednak tylko nieliczni oczekują jeszcze, że na czystych stronicach księgi chcących przyłączyć się do Kościoła któryś proboszcz zapisze nawróconego. Co w naszym kraju myślą o Kościele ludzie przysłuchujący się z boku? Nie mają większych problemów z usłyszeniem głosu Jego przedstawicieli. W radiach i telewizjach, na łamach prasy, a w niejednej parafii nawet bez wychodzenia z domu, docierają do nich technicznie wzmocnione głosy ludzi Kościoła. Co słyszą, przechodząc mimo, jako głos dochodzący z domu jakoby gościnnie otwartego dla wszystkich? W ostatnich dniach, a przecież te niespecjalnie odbiegają od poprzednich, głos Kościoła w Polsce brzmi mało zachęcająco. Przygany, krytyka, oskarżenia, strofowanie, groźby, piętnowanie, pouczanie. Czy po takiej dawce Dobrej Nowiny „na ostro” ktoś z zewnątrz zechce cierpliwie czekać na łaskawe słowa pochodzące od naszych złotoustych?
Przysłuchajmy się, co ludzie Kościoła w Polsce mają do powiedzenia dzieciom poczętym z pomocą procedury „in vitro” i ich rodzicom. Jakim słowem raczą wiernych i niewiernych żyjących w związkach niesakramentalnych. Jakim pokarmem duchowym karmią rodziny rozbite, maltretowane żony i dzieci, wykorzystywanych seksualnie. Co te usta Kościoła mówią do kibiców, do kiboli, do anarchistów, do feministek i do zielonych. Jakim ciepłym słowem raczą narkomanów i zarażonych HIV. Jak przekonują do powrotu młodych ludzi rezygnujących z katechizacji i ochrzczonych rodziców nie decydujących się na chrzest własnych dzieci. Co mają do powiedzenia zgorszonym wypowiedzią hierarchy, zachłannością proboszcza, chamstwem odwiedzającego po kolędzie, promilami wyciekającymi spod sutanny lub habitu...
Każdy z nas może wcielić się w jakąś postać opisaną na kartach Ewangelii i zapytać sam siebie, jak by się czuł i jak zachował w opisanej sytuacji. Każdy z nas może również spróbować dostrzec wśród tych postaci ludzi ze swojego otoczenia. Ciekawe, jak wielu spośród wiernych potrafi sobie wyobrazić biskupa jako miłosiernego ojca, który najpierw z utęsknieniem wygląda, a następnie wybiega naprzeciw marnotrawnego syna.

Chcesz dostawać info o nowych wpisach?