REKLAMA
Po rekolekcjach parafialnych, po Wielkim Tygodniu i świętowaniu Wielkanocy, wreszcie znalazłem czas, by odwiedzić ojca. Mieszka sam w drewnianym domu zbudowanym jeszcze w XIX wieku przez naszych praprzodków. Pokój z kuchnią stanowił przez długie lata całe mieszkaniem naszej pięcioosobowej rodzinki. Po śmierci dziadków tych dwadzieścia metrów kwadratowych zamieniło się na prawie czterdzieści i zamieszkaliśmy w całym domu. Dziś ojciec mieszka sam. Żartem przestrzegamy go podczas odwiedzin, by w związku z nadmetrażem władza nie dokwaterowała mu jakichś lokatorów.
Gdy pierwszy raz przyjechałem do mojej obecnej parafii i zobaczyłem ogromną, kilkusetmetrową plebanię z wieloma pokojami, łazienkami, korytarzami i schodami, przeraziłem się nie na żarty. Na co dzień jadam z jednego talerza, śpię w jednym łóżku i jeżdżę jednym samochodem. Trudno mi więc było wymyślić, jak zagospodarować tyle pomieszczeń w powierzonym mi domu parafialnym zwanym potocznie plebanią, czyli domem plebana. Zwołałem zebranie parafialne, a wierni niezwyczajni takich demokratycznych procedur, stawili się niezbyt licznie, ale jednak przybyli. Gdy pośród różnych kwestii postawiłem i tę - o wykorzystaniu dla wspólnego dobra pomieszczeń na plebanii - wiele z tych niewielu zaproponowało utworzenie w wiosce przedszkola. Fakt,wioska spora, szkoła pęka w szwach, chrzcin w ciągu roku dwa razy więcej niż pogrzebów, a rodzice wozili dzieci do przedszkoli w sąsiednich miejscowościach.
Poszliśmy za ciosem. Zaproponowaliśmy miejscowym władzom zorganizowanie samorządowego przedszkola w pomieszczeniach miejscowej plebanii. Wszystko szło dobrze. Już zgłaszali się chętni do pracy, pytano o możliwość zapisu dzieci do przedszkola, planowaliśmy prace dostosowujące pomieszczenia do potrzeb przedszkolaków. Nagle, którejś nocy obudził mnie dzwonek telefonu. Ksiądz arcybiskup zbudził mnie ze snu, by zakomunikować, że żadnego przedszkola na plebanii nie będzie. Dlaczego? - zapytałem wyrwany ze snu - Nie, bo nie. Odpowiedź wybrzmiała i rozmowa została zakończona.
Na szczęście udało mi się namówić miejscowych strażaków, by w tej podbramkowej sytuacji użyczyli swoją remizę dla potrzeb wiejskiego przedszkola. Mamy teraz w wiosce przedszkole. Z czasem zorganizowaliśmy na plebanii świetlicę polekcyjną dla dzieciaków, a na kościelnym placu wiejski plac zabaw. Ale ciągle mam w pamięci tamtą krótką rozmowę z biskupem. Swoją drogą ciekawe, czy dziś, wobec prostych i niestandardowych decyzji papieża Franciszka, któryś z biskupów zdecydowałby się na taki, standardowy dla Kościoła w Polsce, sprawdzian kapłańskiego posłuszeństwa.

Chcesz dostawać info o nowych wpisach?