REKLAMA
„ Jezus ukazał się znowu nad Morzem Tyberiadzkim. A ukazał się w ten sposób: Byli razem Szymon Piotr, Tomasz, zwany Didymos, Natanael z Kany Galilejskiej, synowie Zebedeusza oraz dwaj inni z Jego uczniów...” / J 21,1-2 /
Co robić, jak się zachowywać, jak sobie radzić, gdy zabraknie pośród nas kogoś bliskiego? Kogoś, kto był dla nas ważny, z czyją opinią liczyliśmy się, kogo chętnie słuchaliśmy, do kogo po prostu przywykliśmy, a może nawet pokochaliśmy? Jak żyć, gdy ten ktoś odszedł na zawsze? Jak przechodzić obok pustego miejsca, które on, czy ona, zajmowali do tej pory? Jak się odnaleźć w tych samych okolicznościach, miejscach i sytuacjach, w których byliśmy dotąd razem, a teraz pozostaliśmy sami?
Dla niektórych wyjściem jest wzmożona aktywność. Zagłuszyć w sobie, zapełnić działaniem, zamroczyć zmęczeniem tę pustkę. Są tacy, którzy pogrążają się w apatii, w smutku, a nawet rozpaczy. Funkcjonują, co prawda, ale jakoś nieobecni, na zwolnionych obrotach, bez dawnej werwy i zaangażowania. Są wreszcie i tacy, którym w takich okolicznościach ich świat zupełnie wali się w gruzy. Wszystko sypie się z rąk, wszystko męczy, zdaje się być bez sensu, przypomina, boli, dręczy. Jeśli się z tego stanu nie wyrwać, może się skończyć tragicznie. Iluż ludzi na wieść o śmierci Stalina popełniło samobójstwo, nie wyobrażając sobie dalszego życia bez „ojca narodu”. Iluż wiernych, zwłaszcza tych szczerze zaangażowanych w Legion Chrystusa, straciło wiarę, odeszło z Kościoła po ujawnieniu drugiego oblicza ojca założyciela – Marciala Maciela Degollado? Ileż osób żegna się z życiem, nie mogąc pogodzić się z odejściem kogoś naprawdę bliskiego. Judasz powiesił się, dwaj uczniowie odeszli do Emaus, Tomasz godzinami krążył ponoć uliczkami Jerozolimy. Ewangeliści milczą o dalszych losach Nikodema, Józefa z Arymatei, Filipa, Marii Magdaleny. Nawet dalsze losy Maryi, matki Jezusa, spowite są tajemniczym milczeniem.
Pamiętacie apostoła Andrzeja? To ten sam, który najpierw był uczniem Jana Chrzciciela, a następnie poszedł za Jezusem i przyprowadził do Niego swego brata Szymona. Na Wschodzie nazywają tego apostoła „pierwozwannyj” czyli powołany jako pierwszy. Cały zresztą chrześcijański Wschód obrał sobie Apostoła Andrzeja za patrona. Niezwykła postać. Niby pierwszy, ale ustępuje miejsca Szymonowi, nie walczy o pierwszeństwo, jak to czynili Jakub i Jan, nie próbuje palcem zmierzyć Jezusowych ran, jak tego próbował Tomasz zwany Didymos, ani nie domagał się, jak jego rodzony brat, gratyfikacji za wierność Nauczycielowi z Nazaretu. Taki człowiek, który mógłby stanąć na czele, ale z własnej woli pozostaje w cieniu innych.
Nie mamy pośród ludzi Kościoła takiego wzorowego ucznia Chrystusa, którego to powinniśmy naśladować i do którego wzorca moglibyśmy się porównywać. Z poskręcanej na wszystkie strony gałęzi ich życia trudno wystrugać prosty wskaźnik, ukazujący właściwy kierunek. Nawet jeśli sprawnemu stolarzowi uda się to zadanie, to wskaźnik okaże się bardzo króciutki niczym batuta dyrygenta, albo też posklejany z tak wielu fragmentów, że zupełnie niepodobny do gałęzi, z której został wykonany. W ewangelicznych opisach losów apostołów, uczniów, a nawet Matki Jezusa jest tyle niezapisanych stronic, że bez trudu można się domyślać rozterek, wahań, niepokoi, radości i smutków, jakie wypełniają po brzegi ich i naszą codzienność. To ludzie z krwi i kości, słabości spotykanej pośród nas na każdym kroku i dobrych pragnień, budzących się w sercach ludzi, którzy przecież nie są źli z natury.
Gdzie jesteś Andrzeju? Odnalazłeś Jana Chrzciciela na długo przed tym, zanim Jezus przyszedł do niego. Szukałeś życiowej mądrości, gdy pozostali apostołowie łowili ryby, siedzieli w komorze celnej, albo bujali w obłokach pod drzewem figowym. Nie wymachiwałeś mieczem w Ogrójcu, ale i nie zarzekałeś się, że pójdziesz za Jezusem na krzyż. Gdzie jesteś? Jan Ewangelista nie wspomina o tobie, gdy skrupulatnie wymienia apostołów powracających do łowienia ryb, zamiast, posłusznie słowom Jezusa, łowić ludzi oczekujących Dobrej Nowiny. Może poszedłeś komuś opowiadać o wieczerniku, o Ogrójcu, o Golgocie i o pustym grobie. Może szukałeś swojego sposobu, by puste miejsce po Mistrzu z Nazaretu jakoś w sobie zapełnić. Może poszedłeś do tych, dla których Jezus ciebie powołał. Może wciąż jesteś pośród nich. Kto wie, może cząstkę ciebie odnaleźć możemy w nas – uczniach idących za Jezusem.
