REKLAMA
„Jezus powiedział: Moje owce słuchają mojego głosu, Ja znam je. Idą one za Mną i Ja daję im życie wieczne. Nie zginą one na wieki i nikt nie wyrwie ich z mojej ręki. Ojciec mój, Który mi je dał, jest większy od wszystkich.” / J 10, 27-29/
Dobrze jest znać swoje miejsce pośród innych i nie próbować udawać, zazwyczaj dosyć nieporadnie, że jest się kimś zupełnie innym. Taką owcę, która próbuje stanąć na miejscu pasterza albo też swoim beczeniem pouczać pasterza o jego prawach i obowiązkach, sam pasterz i postronni nazywają obraźliwie baranem. Wielu wiernych już się z używania tego określenia wobec niektórych swoich bliźnich przestało spowiadać. Pewna kobieta tłumaczyła mi nawet, że Kościół głosi, iż należy mówić prawdę - więc skoro mój stary zachowuje się jak baran, to jak mam go niby nazywać? Czasem, dodała, to myślę sobie, że trochę szkoda tego zwierzęcia, że go do mojego chłopa porównuję.
Co pewien czas, a z racji na coraz powszechniejszy dostęp do internetu, coraz częściej, ujawniają się nam tacy domorośli „owco-pasterze”, co to wszystko wiedzą najlepiej, gotowi są kierować parafią, diecezją, Kościołem powszechnym, gminą, państwem, a nawet ONZ. Ci znają odpowiedzi na wszystkie pytania, zgłębili prostą, a raczej prostacką, genezę każdej skomplikowanej sprawy i równie proste jej, to znaczy tej sprawy, rozwiązanie. Najczęściej nie są to jeszcze ludzie sędziwi, ale zdarzają się i tacy, którzy całe życie przeżywszy cicho jak mysz pod miotłą, u schyłku dni swoich wystawiają wielkim tego świata świadectwa moralności, certyfikaty lojalności i patriotyzmu, wyroki za zbrodnie faktyczne i domniemane, a nawet przepustki do bram piekielnych lub niebiańskich. Nic nowego pod słońcem. Tacy cudowni uzdrawiacze pojawiali się we wszystkich zakątkach świata, w każdej epoce, a nawet niektórym udało się porządnie w dziejach namieszać. Zazwyczaj ci, którzy ich dłużej znają, na wieść o nich kreślą na czole pewne tajemnicze kręgi, których znaczenie jest powszechnie znane od wieków. Starożytni mieli o takich malownicze określenia w rodzaju fiksum dyrdum albo mente captus. Współcześni nazywają ich męskim określeniem zaczerpniętym ze stada owiec i jest to jedno z łagodniejszych określeń.
Jednego mamy Pasterza, jednego Ojca, który jest w niebie i jednego Mistrza. Wszyscy inni tyle tylko możemy proponować bliźnim, by podążyli naszym śladem, o ile sami nasłuchujemy nieustannie głosu Dobrego Pasterza. On nas zna i on Jeden wie, jak do nas baranów przemówić, by choćby u niektórych posłuch znaleźć i to zanim zaplączemy się cierniste krzewy albo z ułańską fantazją pobiegniemy ku przepaści, innych baranów wiodąc za sobą.
Najgroźniejsi okazują się ci owco-pasterze, którzy nie wybierają się na poszukiwanie zielonych pastwisk dla stada, rześkich wodopojów i spokojnego schronienia wśród burzy. Oni oczywiście nie staną naprzeciw wilków drapieżnych, czyhających na owce, bo i jak taki baran mógłby się wilkowi przeciwstawić. Otóż ci „pierwsi pośród owiec” co jakiś czas dokonują przeglądu stada, by sprawdzić, czy któraś z nich nie straciła samoświadomości owcy. Poszukują tacy lustratorzy „wilków w owczej skórze”, ale to tylko dla pozoru i dodania sobie powagi. Przecież gdyby taki baran odkrył pod owczą powierzchownością prawdziwego wilka, to z baraniej mości zostałyby zapewne tylko rogi i racice - na przestrogę dla naśladowców.
Ostatnio jeden taki rodzimy samozwańczy przewodnik zajął się słowotwórstwem i wymyślił termin „katolicy bezobjawowi”. To ci, którzy nie plują na innowierców, na homoseksualistów, na zwolenników obecnie rządzących. Tacy, co mają dwoje lub jeszcze mniej dzieci, nie czytają Naszego Dziennika, nie podpisali się pod petycją o uznanie telewizji Trwam za oficjalny głos Kościoła w Polsce i okolicy. Oni nie wypatrują na twarzy spotkanych dzieci żadnej bruzdy, po niedzielnej mszy idą do hipermarketu, wybraliby się na stadion Narodowy, ale nie na nabożeństwo, tylko na kolejny koncert podstarzałej Madonny. To tacy wierni, którzy nie głosują na jedynie słuszną partię, a widząc pijanego księdza wsiadającego do samochodu nie uśmiechają się z wyrozumiałością, tylko dzwonią do Newsweeka, bo miejscowi policjanci mogliby uznać, że nic się nie stało.
Nasz rodzimy przykładny katolik uwierzył, że nie jest zwykłą owcą, ale kimś w rodzaju nieodzownego pomocnika dla Pasterza. On nie ma chyba czasu posłuchać, co owcom ma do powiedzenia Dobry Pasterz. Nie nasłuchuje głosu od katedry Piotrowej, to znaczy nasłuchuje, ale tylko wtedy, gdy papież jest tego samego zdania, co nasz rodzimy inkwizytor. On ma tyle różnych doniesień ze wszystkich zakątków owczarni, że nadąża z komentowaniem tylko dlatego, że rzecznik prasowy Episkopatu nie nadąża. Dobry Pasterz zna drogę do każdego ludzkiego serca i nie potrzebuje w tych kontaktach z człowiekiem pośredników, miejscowych watażków, specjalistów od PR i znawców uwikłań, o jakich się aniołom nie śniło. Pan ciągle poszukuje pomocników, którzy Jego dobry, łaskawy, wyrozumiały i pełen miłosierdzia obraz zaniosą owcom tego stada. Niech ten obraz zaniosą również „bezobjawowym katolikom”- do nich on przemówi. Do tych zaś, którzy już mają objawy choroby zbaranienia owiec, Pan musi przemówić wyraziściej i dosadniej. Tylko czy pośród kolejnych występów będą oni mieli czas, by Go posłuchać?
