REKLAMA
„ Jezus wyprowadził uczniów ku Betanii i podniósłszy ręce pobłogosławił ich. A kiedy ich błogosławił, rozstał się z nimi i został uniesiony do nieba. Oni zaś oddali Mu pokłon i z wielką radością wrócili do Jerozolimy...” / Łk 24,50-52 /
Niejeden raz zastanawiałem się, jak przeżywają radości i smutki codziennego życia ludzie sąsiadujący z tak specyficznymi obiektami, jak stacja kolejowa, remiza strażacka, cmentarz, nocny klub, kościół, dyskoteka, więzienie albo agencja towarzyska. Zdarza się oczywiście, że takie sąsiedztwo okazuje się być w danej chwili jak najbardziej na miejscu. Szpital tuż, tuż, gdy coś dolega, albo sklepik z gazetami i świeżym pieczywem kilka kroków od domu. Ale w życiu bywa różnie. Jak świętować wesele córki, gdy za oknem maszeruje kolejny kondukt pogrzebowy, albo jak godnie przeżywać żałobę po stracie kogoś bliskiego, gdy za ścianą noc w noc - kolejna balanga. Dziś takie sytuacje są najczęściej skutkiem własnego świadomego wyboru, ale nie tak dawno nikt mieszkańców nie pytał o zgodę wydając pozwolenie na prowadzenie specyficznej działalności gospodarczej w pobliżu. Pewnie do wszystkiego może się człowiek przyzwyczaić, ale pierwsze wrażenie, pierwsze miesiące w takim sąsiedztwie, a może nawet pierwsze lata, bywają trudne.
Żydzi od wieków żegnają się przy różnych okazjach życzeniem – „Do zobaczenia za rok w Jerozolimie”. Nie-Żydzi wprowadzili do obiegu inne powiedzenie – „zobaczyć Neapol i umrzeć”. Jeszcze inni starają się choćby raz w życiu pielgrzymować do Mekki, na Machu Picchu, na Wyspę Wielkanocną albo choćby do Lichenia. To, co dla jednych jest marzeniem i celem westchnień, inni mają na co dzień i niekoniecznie cieszą się z tego dniami i nocami. Bezrobocie u stóp Jasnej Góry czy Wawelu jest dla dotkniętych nim równie dojmującym problemem, jak w znanej nielicznym wsi pod Wąchockiem albo w okolicy Zbroszy Dużej. Zdawać by się mogło, że są takie miejsca, powszechnie uważane za szczególne, które swoją szczególnością domagają się swoistego uznania i szacunku. Pamiętamy kontrowersje związane z planami budowy marketu czy obiektów rozrywkowych w pobliżu muzeum Auschwitz albo plany występów artystycznych w Treblince. Dosyć trudno pogodzić prawo do normalnego życia mieszkańców takich miast z oczekiwaniami okazjonalnych gości. Można, ale wcale nie jest to ani proste, ani oczywiste.
Jerozolima była w czasach Jezusa, i pozostaje po dziś dzień, miejscem wyjątkowym. Do czasów naszej ery była miejscem szczególnym dla Żydów. Dziś jest miejscem szczególnym dla Żydów, dla chrześcijan i dla wyznawców islamu. Ta szczególność przejawia się na wiele różnych i niejednoznacznych sposobów. To, co jedni uznają za znak szacunku, dla innych jest profanacją, a jeszcze dla innych uciążliwością codziennego funkcjonowania w tym mieście.
Są różne miejsca, które uczniowie Jezusa Chrystusa uważają dziś za wyjątkowe. Betlejem, Nazaret, Kafarnaum, Kana Galilejska, no i oczywiście Jerozolima. Wszyscy chrześcijańscy pielgrzymi, już od najdawniejszych czasów, podążali do tych właśnie miejsc i starali się nie tylko stanąć tam, ale i zabrać na pamiątkę kamień, liść z drzewa, albo zaczerpnąć wody ze studni. Inni znów starali się zostawić po sobie ślad w tamtych miejscach fotografując się, bazgrząc podpis na ścianie albo wznosząc kolejną bazylikę. Zrozumiałe. Przemierzyć tyle kilometrów, pokonać tyle trudności i wrócić z pustymi rękoma tak, jakby się nic nie stało?
Nic ewangeliści nie wspominają o wizycie Jezusa na miejscu swego urodzenia. A wypadałoby być, choćby dla pamięci króla Dawida, który zrodzon był w Betlejem, zanim z jego rodu Jezus stał się człowiekiem. O odwiedzinach rodzinnego Nazaretu wspominają ewangeliści i niestety nie są to najlepsze wspomnienia. Może Jerozolima, do której pielgrzymował, nad losem której zapłakał, w której zebrał apostołów na jedyną w swoim rodzaju wieczerzę paschalną powinna zajmować w Jego sercu miejsce szczególne. Może właśnie to miasto powinien w pamięci i w sercach uczniów przypieczętować, zanim wyruszył po zmartwychwstaniu do Domu Ojca. Mógł pójść z nimi na dziedzińce jerozolimskiej świątyni i tam, na długo przed Mahometem, wznieść się do nieba, zostawiając na pamiątkę ślad poranionych stóp odciśnięty w kamieniu. Przecież nic Mu już nie groziło ze strony Annasza, Kajfasza, Heroda, a nawet Piłata. Wszak zmartwychwstały śmierci się nie lęka. A jaką dałby legitymizację tym jedenastu! Mógłby nawet zabrać ze sobą do nieba Matkę i ucznia, który pisał o sobie, że to jego Jezus szczególnie miłował. Żeby jednak nie łamać reguł tego świata, mógł żyjących jeszcze na jakiś czas na tym ziemskich łez padole pozostawić. Więc wyobraźmy sobie Wniebowstąpienie Pana razem z dobrym łotrem, któremu obiecał to przecież tuż przed swoją śmiercią. Nic z tego.
Pan sam wstępuje do Nieba, ale nie czyni tego publicznie, choć publicznie umierał. Nie wstępuje ze świątynnego wzgórza ani z żadnego z wyłożonych kamiennymi płytami placów Jerozolimy. Jezus wyprowadza apostołów z obrębu murów miejskich i to w szczególną stronę. Wyprowadza ich ku Betanii. W Betanii mieszkał Łazarz, który był przyjacielem Jezusa. Nie był Jego apostołem, a może nawet nie był Jego uczniem. Był przyjacielem. Jeszcze o jednym człowieku Jezus wyraził się w ten sposób. Któż z nas nie oddałby wiele, by i o nim Jezus tak się wyraził. Komuż z nas nie zadrżałoby serce na wiadomość, że ktoś przed odejściem z tego świata chce jeszcze raz spotkać się właśnie z nami, z nami się chce pożegnać albo choćby wspomina o nas. Zanim Jezus odszedł z tego świata, wyprowadził apostołów właśnie ku Betanii.
Przyjaźń to taki skarb, który zostaje nawet w zranionym sercu Mistrza z Nazaretu. Przyjaźń liczy się nawet wtedy, gdy przyjaciele odejdą z tego świata. Mam przyjaciół, którzy nie należą do Kościoła, w którym ja pełnię posługę. Nasza przyjaźń znaczy dla nas więcej, niż to co nas różni.