REKLAMA
„Sługa pewnego setnika, szczególnie przez niego ceniony, chorował i bliski był śmierci. Skoro setnik usłyszał o Jezusie, wysłał do Niego starszyznę żydowską z prośbą, żeby przyszedł i uzdrowił mu sługę. Ci zjawili się u Jezusa i prosili Go usilnie: Godzien jest, żebyś mu to wyświadczył, kocha bowiem nasz naród i sam zbudował nam synagogę (...) Jezus zwracając się do tłumu, który szedł za Nim, rzekł: Powiadam wam, tak wielkiej wiary nie znalazłem nawet w Izraelu.” / Łk 7,2-5 i 9/
Taki spolaryzowany świat, w którym z jednej strony są ci źli, a z drugiej dobrzy, w jednym obozie mądrzy i oświeceni, a w drugim niczego nie pojmujący głupcy, w jednym stronnictwie ci „z bruzdą”, zaś w drugim nieskalani, byłby niezwykle wygodny na co dzień. Wystarczyłoby jakimś wpisem w dowodzie osobistym określić przynależność do jednego z tych obozów, a następnie badaniami okresowymi weryfikować ważność urzędowego wpisu na kolejny miesiąc czy rok. Ta dychotomia – My i oni (sic!), ciągle gdzieś się ujawnia, czasem w formie łagodnej akademickiej retoryki, to znów w formie agresywnej, a nawet krwawej konfrontacji. Jak tu bowiem pogodzić się z tym, że ci źli, ci obcy, ci uznani za stanowiących zagrożenie, chodzą tymi samymi ulicami, po tym samym chodniku i na dokładkę bez żadnych widzialnych znaków, kim są naprawdę. Jak tu zdrowej tkanki społecznej ma krew nie zalać, jeśli człowiek przez wszystkich uznany za winnego chodzi sobie na wolności. Co z tego, że jeszcze nie skazany, ale przecież to widać po oczach i po tym, jak się ubiera, że powinien siedzieć. Jak tu nie zawrzeć słusznym gniewem, gdy przestępca odsiedziawszy wyrok znów jeździ sobie tramwajem albo uprawia ogródek tuż obok.
Grecy, którzy przybyli na święto do Jerozolimy, znali swoje miejsce w tym środowisku i zamiast podejść do Jezusa ze swymi pytaniami, sprawami, troskami, szukali protekcji i przyzwolenia u znajomych uczniów Jezusa. Samarytankę tak zdziwiła prośba Jezusa, że omal nie rozbiła dzbana, z którym przyszła do studni. Apostołowie też byli zdziwieni, ale oni dzbanów z wodą nie dźwigali, bo był to „przywilej” kobiet w tamtych czasach. Rzymianin poprosił o pomoc za pośrednictwem starszyzny, zupełnie się nie orientując, że ta reaguje na Jezusa jak pies na jeża. A jednak zadziałało. Ten setnik zapisał się bowiem w pamięci i sercach znających go - jako ktoś niezwykle życzliwy dla obcych. On sam będąc obcym i niejako symbolem tego, co należy do wrażego obozu, zachowywał się niestandardowo. Poganin buduje synagogę. Spróbujcie sobie wyobrazić biskupa przemyskiego, który oddaje grekokatolikom ich cerkiew przerobioną po wojnie na kościół. Albo wyobraźcie sobie warszawskiego biskupa, który nie tylko nie wyraża sprzeciwu, ale wręcz z własnych środków buduje w stolicy meczet dla wyznawców islamu. Już o takich fanaberiach, jak zapraszanie na wykłady do seminarium duchownego; mariawickiego biskupa, rabina albo i znanego z antyklerykalnych poglądów filozofa nie wspomnę. Jasne, wyraziste granice, są jak najbardziej pożądane i skoro liberalizujący się świat je zaciera, to znajdą się tacy, którzy zarysują je na nowo i na ostro.
Jeśli zgodzimy się, że wszystkie dotychczasowe próby takiego uporządkowania świata przez prosty i nie budzący żadnych wątpliwości sposób okazały się porażką. Jeśli przyznamy, że cena, jaką za te próby zapłaciły miliony i miliony ludzi, była śmiertelnie wysoka. Jeśli wsłuchamy się w dzisiejsze pouczenie Jezusa przytoczone przez ewangelistę Łukasza, to musimy skonstatować, że my, chrześcijanie, ciągle jeszcze jesteśmy w oddziale przedszkolnym szkoły Mistrza z Nazaretu. Gdy podczas rozmowy z panem Mazurkiem (ten z Rzeczpospolitej) wspomniałem, że bardziej niż jego, odpowiada mi katolickość postawy pani Wiśniewskiej (tej z Gazety Wyborczej ), poczuł się tak dotknięty, że przerwał naszą rozmowę. Jak się musieli poczuć Żydzi otaczający Jezusa, i ci „jezusowi” – to znaczy będący Jego uczniami, a nawet apostołami, i ci „anty-jezusowi” – to znaczy starsi, uczeni w Piśmie i faryzeusze, gdy powiedział im, że Rzymianin ma większą wiarę niż oni?
My, chrześcijanie, jesteśmy inni. To prawda, że jeśli poważnie traktujemy naszą przynależność do Kościoła, to powinno się to ujawniać w naszych zachowaniach, postawach, wypowiedziach. Ale ta nasza inność nie jest aksjologiczna. Ona nie czyni nas lepszymi, bardziej wartościowymi ani też nieomylnymi pośród niechrześcijan. Ta scena przypomniana dziś przez ewangelistę Łukasza wskazuje nam prawdziwe skarby najwyższej próby, rozsiane ręką Najwyższego w sercach ludzkich poza Narodem Wybranym, poza Kościołem, pośród obcych, pośród tamtych, pośród napiętnowanych. Przecież wierzymy, że jest Bóg, a pośród ludzi nie ma ani jednego, który by nie był Jego dzieckiem. On nie wydziedzicza nikogo. On nikogo z ojcowskiego domu nie wygania. On widzi w nas to, czego nasze ludzkie oczy zmrużone uprzedzeniami, zasnute mgłą niechęci, z przyzwyczajenia odwrócone, by w tę stronę nie patrzeć, nie dostrzegają. Gdy byłem dużo młodszy, młodzież na katolickich nabożeństwach śpiewała; Panie, otwórz moje oczy, abym przejrzał... Warto powtarzać tę frazę jak mantrę, jak modlitwę.
Ale przecież ja widzę! Przecież ja nie jestem ślepy! Przecież wszyscy to widzą!
Panie, otwórz nasze oczy „szeroko otwarte”, by znów, by wreszcie przejrzały.
/ źródło-www.parafiajasienica.waw.pl /
