REKLAMA
KOMUNIKAT WOJENNY
„Jezus powiedział: Ojcze, uwielbij Imię Twoje. Wtem rozległ się głos z nieba: Uwielbiłem i znowu uwielbię. Tłum stojący usłyszał to i mówił: zagrzmiało! Inni mówili: Anioł przemówił do Niego. Na to Jezus rzekł: Głos ten rozległ się nie ze względu na mnie, ale ze względu na was.” /por. J 12,28-30 /
Cudowne zjawiska, wizerunki świętych pojawiające się na ścianach domów, na pniach drzew, płaczące krwawymi łzami obrazy, szatan wcielony w szczeniaka biegającego po kościele, a nawet raport o finansach Kościoła przygotowany przez Katolicką Agencję Informacyjną - przekonują tylko przekonanych. To, co dla jednych jest znakiem z nieba potwierdzającym prawość ludzi Kościoła i nieskazitelność przekazywanego przez nich orędzia, inni odbierają w sposób opisany przez Jana Ewangelistę. Mówią, że zagrzmiało, albo że to zasłona dymna, by prostym ludziom namącić w głowach, albo że to kolejne zabiegi socjotechniczne, manipulowanie tłumami, lub inne wszeteczeństwo ze strony pasibrzuchów, dusigroszy i pedofili w sutannach. Jezus widzi, że jego godzina zbliża się nieuchronnie. To samo dostrzegają zwierzchnicy Kościoła w Polsce. Nic już nie będzie takie, jak jeszcze kilkanaście lat temu. Tego młodego wina, zarówno ludzi Kościoła jak i spoza Kościoła, nie da się zamknąć w starych bukłakach. Stare bukłaki odegrały już swoją rolę i teraz ich miejsce w podręcznikach historii, w gablotach diecezjalnych muzeów i na emeryturze.
Rozsądni ludzi wiedzą, że nie musi być głupcem ten, kto w dzisiejszym świecie nie wierzy w Boga, ale trudno również przypisywać głupotę ludziom czerpiącym z wiary nieodzowne im do życia impulsy, wskazania, łaskę. Nie pomylił się ten, który zamiast głosu Ojca Wszechmocnego dosłyszał tylko odgłos zbliżającej się burzy ani ten, który zinterpretował ten dźwięk jako anielskie przesłanie dla wybitnego Nauczyciela z Nazaretu. To przecież Najwyższy wszczepił ucho i jednym, i drugim. To On chciał, by jasny dla jednych sygnał był dla innych grzmotem, a jeszcze innym jawił się anielskim szeptem. Oczywista oczywistość dla jednych - dla innych jest pustosłowiem, pieniactwem, a nawet jawnym oszustwem.
Ultra-katolik Terlikowski ogłosił niedawno, że w Polsce rozpoczęła się wojna z Kościołem. Ten okrzyk podjęli prawie natychmiast politycy najpobożniejszej partii i niektórzy hierarchowie. Zabrzmiało groźnie, choć na szczęście tylko w uszach niektórych. Jedni uznali ów głos za głos proroka, inni za kolejne pokrzykiwanie jakiegoś oszołoma, a jeszcze inni mówią, że to gdzieś zagrzmiało. Co, gdzie, kiedy, tego nie wiedzą, ale niektórzy są nawet gotowi zgłaszać się już do armii na ochotnika. Warto przy takiej zapowiedzi nawałnicy wojennej sięgnąć do przedwojennej prasy polskiej i dostrzec liczne analogie. „Nie oddamy ani guzika”, to zapewne o kościołach garnizonowych i kapelanach przy pustych koszarach i rozformowanych jednostkach. „Silni, zwarci, gotowi”, tu znów analogia do pustoszejących klasztorów, zmniejszającej się liczby kleryków w seminariach i spadającej liczby uczestników niedzielnych mszy świętych. Można by coś wspomnieć na temat przedwojennych zbiórek społecznych na wyposażenie polskiej armii i dostrzec stale powtarzane numery kont na wsparcie radia i telewizji w Toruniu, albo wrócić myślą do nierozliczonej zbiórki na ratowanie gdańskiej stoczni. Powszechna mobilizacja może się niestety tym razem okazać zupełnie niepowszechna i szwadrony leciwych ochotników, a raczej ochotniczek, mogą rozpierzchnąć się już po pierwszej potyczce z wypłacającym emerytury przeciwnikiem. W czasie tamtej wrześniowej batalii głównodowodzący wycofali się na z góry ustalone pozycje przez Rumunię. Teraz taka eskapada mogłaby się okazać dla naszych krzyżowców trudniejsza. To znaczy wyruszyć można dziś właściwie w dowolnym kierunku, tylko kto zechciałby dać na dłużej schronienie temu pospolitemu ruszeniu. W którym kraju mogliby dziś stworzyć rząd na uchodźstwie? Który Kościół w Europie chciałby powierzyć naszym hierarchom swoich wiernych?
Dowiedzieliśmy się ostatnio, że po utracie kolejnych bastionów bracia Karnowscy postanowili na wypadek wojny otworzyć partyzancką bazę w siedzibie diecezjalnej rozgłośni pod kapelańskim okiem miejscowej kurii. Proponowałem naszemu dziekanowi przekazanie na ten cel kilku tysięcy niesprzedanych egzemplarzy „Idziemy”. Można by je przerobić na afisze mobilizacyjne albo i na podziemną prasę. Z tego co wiem, inne parafie mają znacznie obfitsze zbiory tego cennego czasopisma i też zapewne oddałyby ten skarb na wsparcie partyzanckiej bazy.
Jednego z naszych biskupów spotkałem na terenach ZSRR w czasach, gdy jeszcze biskupem nie był. Widział to, co i ja widziałem. Kościoły zamienione na więzienia, magazyny, fabryki. Spotykał księży więzionych długie lata za odprawienie mszy świętej. Chrzcił w zamkniętych domach przy szczelnie zasłoniętych oknach. Widział Kościół prześladowany. Ostatnio przeczytałem jego płomienne przemówienie o tym, jak polski rząd prześladuje Kościół w Polsce. Może czas zacząć zażywać bilobil, księże biskupie? A może trochę wstydu wobec tych, którzy naprawdę zapłacili wysoką cenę za wierność Kościołowi?
Rozsądni ludzi wiedzą, że nie musi być głupcem ten, kto w dzisiejszym świecie nie wierzy w Boga, ale trudno również przypisywać głupotę ludziom czerpiącym z wiary nieodzowne im do życia impulsy, wskazania, łaskę. Nie pomylił się ten, który zamiast głosu Ojca Wszechmocnego dosłyszał tylko odgłos zbliżającej się burzy ani ten, który zinterpretował ten dźwięk jako anielskie przesłanie dla wybitnego Nauczyciela z Nazaretu. To przecież Najwyższy wszczepił ucho i jednym, i drugim. To On chciał, by jasny dla jednych sygnał był dla innych grzmotem, a jeszcze innym jawił się anielskim szeptem. Oczywista oczywistość dla jednych - dla innych jest pustosłowiem, pieniactwem, a nawet jawnym oszustwem.
Ultra-katolik Terlikowski ogłosił niedawno, że w Polsce rozpoczęła się wojna z Kościołem. Ten okrzyk podjęli prawie natychmiast politycy najpobożniejszej partii i niektórzy hierarchowie. Zabrzmiało groźnie, choć na szczęście tylko w uszach niektórych. Jedni uznali ów głos za głos proroka, inni za kolejne pokrzykiwanie jakiegoś oszołoma, a jeszcze inni mówią, że to gdzieś zagrzmiało. Co, gdzie, kiedy, tego nie wiedzą, ale niektórzy są nawet gotowi zgłaszać się już do armii na ochotnika. Warto przy takiej zapowiedzi nawałnicy wojennej sięgnąć do przedwojennej prasy polskiej i dostrzec liczne analogie. „Nie oddamy ani guzika”, to zapewne o kościołach garnizonowych i kapelanach przy pustych koszarach i rozformowanych jednostkach. „Silni, zwarci, gotowi”, tu znów analogia do pustoszejących klasztorów, zmniejszającej się liczby kleryków w seminariach i spadającej liczby uczestników niedzielnych mszy świętych. Można by coś wspomnieć na temat przedwojennych zbiórek społecznych na wyposażenie polskiej armii i dostrzec stale powtarzane numery kont na wsparcie radia i telewizji w Toruniu, albo wrócić myślą do nierozliczonej zbiórki na ratowanie gdańskiej stoczni. Powszechna mobilizacja może się niestety tym razem okazać zupełnie niepowszechna i szwadrony leciwych ochotników, a raczej ochotniczek, mogą rozpierzchnąć się już po pierwszej potyczce z wypłacającym emerytury przeciwnikiem. W czasie tamtej wrześniowej batalii głównodowodzący wycofali się na z góry ustalone pozycje przez Rumunię. Teraz taka eskapada mogłaby się okazać dla naszych krzyżowców trudniejsza. To znaczy wyruszyć można dziś właściwie w dowolnym kierunku, tylko kto zechciałby dać na dłużej schronienie temu pospolitemu ruszeniu. W którym kraju mogliby dziś stworzyć rząd na uchodźstwie? Który Kościół w Europie chciałby powierzyć naszym hierarchom swoich wiernych?
Dowiedzieliśmy się ostatnio, że po utracie kolejnych bastionów bracia Karnowscy postanowili na wypadek wojny otworzyć partyzancką bazę w siedzibie diecezjalnej rozgłośni pod kapelańskim okiem miejscowej kurii. Proponowałem naszemu dziekanowi przekazanie na ten cel kilku tysięcy niesprzedanych egzemplarzy „Idziemy”. Można by je przerobić na afisze mobilizacyjne albo i na podziemną prasę. Z tego co wiem, inne parafie mają znacznie obfitsze zbiory tego cennego czasopisma i też zapewne oddałyby ten skarb na wsparcie partyzanckiej bazy.
Jednego z naszych biskupów spotkałem na terenach ZSRR w czasach, gdy jeszcze biskupem nie był. Widział to, co i ja widziałem. Kościoły zamienione na więzienia, magazyny, fabryki. Spotykał księży więzionych długie lata za odprawienie mszy świętej. Chrzcił w zamkniętych domach przy szczelnie zasłoniętych oknach. Widział Kościół prześladowany. Ostatnio przeczytałem jego płomienne przemówienie o tym, jak polski rząd prześladuje Kościół w Polsce. Może czas zacząć zażywać bilobil, księże biskupie? A może trochę wstydu wobec tych, którzy naprawdę zapłacili wysoką cenę za wierność Kościołowi?
