REKLAMA
„Jezus wyznaczył jeszcze innych siedemdziesięciu dwóch uczniów i wysłał ich po dwóch przed sobą do każdego miasta i miejscowości, dokąd sam przyjść zamierzał. (…) Wróciło siedemdziesięciu dwóch z radością mówiąc: Panie, nawet złe duchy nam się poddają. Wtedy rzekł do nich: Nie z tego się cieszcie, że duchy się wam poddają, lecz cieszcie się z tego, że wasze imiona zapisane są w niebie.” /por. Łk 10,1 i 17 i 20 /
To ci dopiero moc - rozkazywać niewidzialnym dla ludzkiego oka siłom i dostrzegać na własne oczy, że te siły są nam posłuszne. Domaganie się posłuszeństwa od młodszych, słabszych lub podwładnych, nie stanowiło nigdy i do dziś nie stanowi specjalnej trudności. Wymusić na kimś działanie, zaniechanie, milczenie, podpisanie się pod czystą kartką papieru, pod fałszywym zeznaniem albo opinią o człowieku, którego nigdy w życiu nie spotkał, to żadne osiągnięcie, raczej przywilej władzę mających. Ale rozkazywać wiatrom, chmurom, ludzkim myślom, czy wreszcie duchom - to już naprawdę robi wrażenie. Oczywiście wtedy, gdy te niewidzialne rzeczywistości okazują się być takim rozkazom posłuszne. Wyjdź na ulicę skąpaną w strugach deszczu i krzyknij niebu – padaj deszczu, padaj. To może każdy, a zwłaszcza zdesperowany ciągłymi opadami. Ale skutecznie powstrzymać deszcz i słońcu rozkazać, by osuszyło ziemię, to już coś. Ogłosić światu, że powódź to kara boża za to lub za inne przewinienie mieszkańców lub rządzących, może, i co jakiś czas robi niejeden. Ale stanąć na przesiąkającym wale przeciwpowodziowym i uprosić niewidzialne siły, by przybyły na ratunek przerażonym mieszkańcom tamtych terenów, to wzbudzi szacunek nawet u zupełnie niewierzących.
Tych siedemdziesięciu dwóch poczuło taką właśnie moc. Rozkazywali duchom, które czyniły zło, wyrządzały krzywdę, niepokoiły i okaleczały, a te duchy były im posłuszne. Gdy problem jest widoczny, łatwy do zdiagnozowania, do podźwignięcia, do stawienia mu czoła, to nie należy zawracać głowy niebieskim posłańcom, tylko zakasać rękawy i dziurę w moście załatać, wodom tamę postawić, a na chleb powszedni w pocie czoła zapracować. Gorzej, gdy gryzie człowieka taki mól, co to go ani dostrzec, ani tym bardziej zęby mu wybić niepodobna. Co ci jest, co cię gryzie, jak mógłbym ci pomóc? Odpowiedzią na takie pytania bywa jakże często milczenie albo płacz, albo i jeszcze coś gorszego. Ludziom potrzeba i chleba, i igrzysk, i świętego spokoju. Ale bywa, że mają niby wszystko, a jednak miejsca sobie znaleźć nie potrafią, i rwą włosy z głowy, i po nieprzespanej nocy idą powłócząc nogami na spotkanie kolejnego dnia, niczym na szafot. Pisałem już kiedyś o egzorcystach i tu o nich wspominał nie będę, bo ponoć mają w naszym kraju roboty co niemiara, a kadry nieadekwatne do zadań.
Charyzmaty - to takie niezwykłe, nadprzyrodzone dary, które Bóg daje swoim wiernym dla dobra, dla zbudowania, dla ratowania innych. Taki obdarowany siłą z wysoka może innym przyjść ze skuteczną pomocą, a sam pozostać bezradnym wobec nieporównanie mniejszej przeszkody. To trochę jak z tym szewcem, co to chodził boso. Nie jest źle, jeśli zajmujący się rozdawaniem chleba głodnym - sam z głodu uszczknie kęs z rozdawanych bochenków. Ale jeśli rozda głodnym ostatnie skibki i sam pójdzie spać z burczeniem w brzuchu, to może być znakiem małej roztropności, ale i dowodem rzadko spotykanej prawości. Wypędzać złe duchy, przywoływać na pomoc dobre. Toć to umiejętność, jakiej dziś chrześcijanom gotowi pozazdrościć wyznawcy innych religii, a nawet niewierzący. Ponoć w czasie drugiej wojny światowej zgromadzili się w pewnym miejscu egzorcyści, by wspólnym wysiłkiem wyzwolić przywódcę Trzeciej Rzeszy spod wpływów księcia ciemności. Było tak czy nie, dziś już nikt tego nie dowiedzie. Ale jeśli nawet tak było, to skutków tego duchowego zmagania nie odnaleźli do dziś watykańscy archiwiści.
Jezus w zmaganiach ze złym duchem zawsze wiedział jak postąpić. W odniesieniu do dobrych duchów również wykazał się niespotykaną pośród ludzi skutecznością. A jednak nie nadużywał tej władzy ani wobec jednych, ani wobec drugich. Wspomniał nawet, że jeśliby zechciał, zastępy anielskie stanęłyby w Jego obronie. Ale ludzi nie należy ani straszyć, ani też zdumiewać niezwykłą mocą. Ludziom należy opowiadać o Królestwie Bożym, które jest pośród nas i które dostępne jest i otwarte - dla słabych, zwyczajnych, niezaradnych, niedouczonych, dla dzieci i zżeranych demencją starców. To, żeś gór nie przenosił, duchom nie rozkazywał, żeś nie chodził po wodzie i nie potrafił nakarmić jednych chlebem swojej nielicznej przecież rodziny, to nie bieda. Bieda, jeśli twoje miejsce w Królestwie Prawdy i Pokoju miałoby bezskutecznie czekać na ciebie. Z tamtych siedemdziesięciu dwóch uczniów rozkazujących skutecznie duchom - pod krzyżem, na którym umierał Jezus, dopatrzyć się możemy tylko jednego, i to tylko w relacji zapisanej jego ręką. A stała pod krzyżem Maria Magdalena, która cudów nie czyniła, na ostatniej wieczerzy nie była i do Ogrójca, na elitarną modlitwę z Mistrzem nie została zaproszona. A jej imię zapisane jest w niebie. Warto pójść jej śladem.
/ źródło-www.parafiajasienica.waw.pl /