REKLAMA
JEDEN Z DWUNASTU
„Jezus powiedział: Oto Syn Człowieczy będzie wydany w ręce grzeszników. Wstańcie, chodźmy, oto zbliża się mój zdrajca. I zaraz zjawił się Judasz, jeden z Dwunastu, a z nim zgraja z mieczami i kijami wysłana przez arcykapłanów, uczonych w Piśmie i starszych.” /por. Mk 14,41-43 /
Kornel Ujejski w swojej pieśni-modlitwie, cytowanej już kiedyś oryginalnie przez prezesa, wzywał Boga, by Ten rękę karał, a nie ślepy miecz. Ewangelista Marek opisując pojmanie Jezusa wymienia skrupulatnie sprawców, których co prawda w Ogrójcu nie było, ale którzy z wysokości swoich katedr zaplanowali i bacznie obserwowali realizację zbrodniczych zamierzeń. Oczywiście sportretował Marek i tę uzbrojoną w miecze i kije zgraję, bo inaczej trudno by nam zrozumieć rejteradę tak niedawno odważnych i gotowych na wszystko apostołów. Chyba nie odeszli od Niego tylko dlatego, że się skończyła godzina tryumfu, rozdawanie chleba i wypędzanie demonów w Jego imię? Prawdopodobnie to właśnie ta zgraja przeraziła głoszących jeszcze kilka godzin wcześniej gotowość na wielorakie wyrzeczenia dla swojego Mistrza. Uciekli - pozostawiając umiłowanego Nauczyciela samego. Choć trzeba przyznać, że nie wszyscy uciekli. Jeden z Dwunastu pozostał. To ten, co zamienił miejsce w episkopacie na trzydzieści srebrników. Jak długo go one cieszyły? Jakie miał plany na zagospodarowanie tej niemałej przecież sumy? Może chciał je sobie odłożyć na niepewną starość. Może miał zamiar wkupić się za tę sumę do grona uczniów innego nauczyciela. A może postanowił sfinansować napisanie i rozkolportowanie ewangelii według Judasza. Pozostaną nam domysły.
Podobnie mogło być ze wstydliwie ukrywaną przez Kościół działalnością założyciela Legionu Chrystusa. Może ojciec Maciel Degollado miał dalekosiężne plany i zamierzenia. Może chciał zostawić po sobie Kościołowi zdyscyplinowaną rzeszę gotowych na wszelkie poświęcenia księży i seminarzystów miłujących tradycję i łacinę, i grekę. Może i miał cudowne zamysły, ale miał niestety również obrzydliwą skłonność, której ulegał, a w której istnienie Kościół nie chciał uwierzyć. A przecież coraz liczniejsze sygnały docierały z różnych stron. Ta obrzydliwa słabość, i prawda o niej, wyszły jednak na jaw. Dziś hierarchowie na całym świecie przeglądają swoje albumy ze zdjęciami i usuwają kompromitujące ich fotografie z dewiantem hołubionym w Watykanie przez całe dziesięciolecia.
Kiedy krzyż na Krakowskim Przedmieściu czekał, by któryś ze współczesnych apostołów wziął go na swoje ramiona i zaniósł w odpowiednie dlań miejsce, to okazało się, że wszyscy oni mają ważniejsze zajęcia i wysłali naprzeciw tłumowi wysłanników z komżami i stułami. Gdy należało złożyć do grobu Sprawiedliwą wśród narodów świata, hierarchowie zbyt byli zajęci pisaniem wniosków do komisji majątkowej. Gdy Wanda Połtawska własnoręcznie dostarczyła papieżowi list, który był wstydliwym wizerunkiem jednego z polskich biskupów, pozostali udawali, że nic się nie stało. Gdy ksiądz Isakowicz-Zaleski pokazał palcem tych, którzy popychają nasz Kościół do kolejnego upadku, hierarchia zastygła w pełnym przerażenia milczeniu.
Jak w tym roku Kościół w Polsce przeżywał będzie Niedzielę Męki Pańskiej i dni Wielkiego Tygodnia? Czy znów zabrzmią w katedrach surmy bojowe wzywające do pogromu wrogów Kościoła, wezwania do wzniesienia kolejnych spiżowych pomników Weronice i Szymonowi z Cyreny, oraz ich współczesnym naśladowcom wyznaczonym przez odpowiednią komisję episkopatu? Ile będzie w tych dniach tryumfu kolorowej palmy, a ile zawstydzenia widokiem Mistrza samotnie dźwigającego krzyż? A może choćby jeden z arcypasterzy założy włosiennicę i na kolanach poprosi w imieniu wspólnoty Kościoła o wybaczenie? A może przeprosi za zgorszenia wiernych, którzy nie wierzą coraz liczniejszym medialnym doniesieniom i ciągle jeszcze gromadzą się w naszych świątyniach?
Czy chociaż w te dni rozważania Męki Pańskiej potrafią się nasi uczeni w Piśmie i arcykapłani, i starsi ludu powstrzymać od liczenia procentów, promili, milionów, miliardów, zapłaty, odszkodowań, należności i rekompensat? Czy brzęk srebrników liczonych przez apostoła musi nam towarzyszyć nawet w te dni? Czy dwa tysiące lat chrześcijaństwa niczego nas w tych sprawach nie nauczyły? Jezus dźwiga krzyż ulicami naszych wiosek, miast i miasteczek, a Kościół zamiast mu w tym dźwiganiu pomóc, odbywa narady, zwiera szyki, liczy miecze, tropi wrogów, podejrzliwie wygląda zdrajców i oczywiście liczy srebrniki.
A może w tym jednym warto pójść w ślady apostoła Judasza i publicznie rzucić te srebrniki, póki jeszcze nie wszystko stracone? Zrobić to wcześniej, niż zaczną nas one palić ogniem nieugaszonym. Wcześniej, niż gdy je przyjdzie wyciągać ze skarbonek na wypłacanie odszkodowań skrzywdzonym przez ludzi Kościoła. Może zamiast się targować i domagać, i za to, i na tamto, warto spojrzeć na nagiego Jezusa wiszącego na krzyżu i przypomnieć sobie, że i my również nic ze sobą z tego świata nie zabierzemy. A co pozostawimy po sobie? Oby to nie było dziedzictwo podobne do pozostawionego przez założyciela Legionu Chrystusa.
Podobnie mogło być ze wstydliwie ukrywaną przez Kościół działalnością założyciela Legionu Chrystusa. Może ojciec Maciel Degollado miał dalekosiężne plany i zamierzenia. Może chciał zostawić po sobie Kościołowi zdyscyplinowaną rzeszę gotowych na wszelkie poświęcenia księży i seminarzystów miłujących tradycję i łacinę, i grekę. Może i miał cudowne zamysły, ale miał niestety również obrzydliwą skłonność, której ulegał, a w której istnienie Kościół nie chciał uwierzyć. A przecież coraz liczniejsze sygnały docierały z różnych stron. Ta obrzydliwa słabość, i prawda o niej, wyszły jednak na jaw. Dziś hierarchowie na całym świecie przeglądają swoje albumy ze zdjęciami i usuwają kompromitujące ich fotografie z dewiantem hołubionym w Watykanie przez całe dziesięciolecia.
Kiedy krzyż na Krakowskim Przedmieściu czekał, by któryś ze współczesnych apostołów wziął go na swoje ramiona i zaniósł w odpowiednie dlań miejsce, to okazało się, że wszyscy oni mają ważniejsze zajęcia i wysłali naprzeciw tłumowi wysłanników z komżami i stułami. Gdy należało złożyć do grobu Sprawiedliwą wśród narodów świata, hierarchowie zbyt byli zajęci pisaniem wniosków do komisji majątkowej. Gdy Wanda Połtawska własnoręcznie dostarczyła papieżowi list, który był wstydliwym wizerunkiem jednego z polskich biskupów, pozostali udawali, że nic się nie stało. Gdy ksiądz Isakowicz-Zaleski pokazał palcem tych, którzy popychają nasz Kościół do kolejnego upadku, hierarchia zastygła w pełnym przerażenia milczeniu.
Jak w tym roku Kościół w Polsce przeżywał będzie Niedzielę Męki Pańskiej i dni Wielkiego Tygodnia? Czy znów zabrzmią w katedrach surmy bojowe wzywające do pogromu wrogów Kościoła, wezwania do wzniesienia kolejnych spiżowych pomników Weronice i Szymonowi z Cyreny, oraz ich współczesnym naśladowcom wyznaczonym przez odpowiednią komisję episkopatu? Ile będzie w tych dniach tryumfu kolorowej palmy, a ile zawstydzenia widokiem Mistrza samotnie dźwigającego krzyż? A może choćby jeden z arcypasterzy założy włosiennicę i na kolanach poprosi w imieniu wspólnoty Kościoła o wybaczenie? A może przeprosi za zgorszenia wiernych, którzy nie wierzą coraz liczniejszym medialnym doniesieniom i ciągle jeszcze gromadzą się w naszych świątyniach?
Czy chociaż w te dni rozważania Męki Pańskiej potrafią się nasi uczeni w Piśmie i arcykapłani, i starsi ludu powstrzymać od liczenia procentów, promili, milionów, miliardów, zapłaty, odszkodowań, należności i rekompensat? Czy brzęk srebrników liczonych przez apostoła musi nam towarzyszyć nawet w te dni? Czy dwa tysiące lat chrześcijaństwa niczego nas w tych sprawach nie nauczyły? Jezus dźwiga krzyż ulicami naszych wiosek, miast i miasteczek, a Kościół zamiast mu w tym dźwiganiu pomóc, odbywa narady, zwiera szyki, liczy miecze, tropi wrogów, podejrzliwie wygląda zdrajców i oczywiście liczy srebrniki.
A może w tym jednym warto pójść w ślady apostoła Judasza i publicznie rzucić te srebrniki, póki jeszcze nie wszystko stracone? Zrobić to wcześniej, niż zaczną nas one palić ogniem nieugaszonym. Wcześniej, niż gdy je przyjdzie wyciągać ze skarbonek na wypłacanie odszkodowań skrzywdzonym przez ludzi Kościoła. Może zamiast się targować i domagać, i za to, i na tamto, warto spojrzeć na nagiego Jezusa wiszącego na krzyżu i przypomnieć sobie, że i my również nic ze sobą z tego świata nie zabierzemy. A co pozostawimy po sobie? Oby to nie było dziedzictwo podobne do pozostawionego przez założyciela Legionu Chrystusa.
