Nie rozumiem fascynacji części polskich elit politycznych wizytą Mitta Romneya nad Wisłą. Przyjechał do nas kandydat na kandydata. Romney – owszem – nie jest bez szans w prezydenckim wyścigu. Nie można go jednak uznać za murowanego faworyta. Dlatego rozsądniej byłoby zachować powściągliwość

REKLAMA
Trudno nie zauważyć, że nagłe zainteresowanie Romneya Polską ma charakter koniunkturalny. Tak samo jak wszystkie piękne słowa, które wypowiedział pod naszym adresem. Amerykanie są zresztą specjalistami w laniu miodu na nasze narodowe serce…
Najbardziej się jednak obawiam, że sukces Romneya i republikanów będzie oznaczał wciągnięcie Polski w kolejną wojnę toczącą się tysiące kilometrów od naszych granic. Owszem, to prezydent Kwaśniewski i premier Miller wysłali Polskie wojska do Iraku. Po latach nie kryli jednak, że zostali wprowadzeni przez Amerykanów w błąd. Wyciągnęliśmy z tej historii lekcję.
Obawiam się jednak, że powrót republikanów do Białego Domu oznaczałby kolejne kuszenie Polaków snami o potędze. Ja już jestem na tę retorykę uodporniony. Pytanie, czy dotyczy to wszystkich naszych polityków.
Widać, że nasi obecni przywódcy czują miętę do republikanów.