Igrzyska Olimpijskie w Londynie przeszły już do historii. Niestety nie zapisały się złotymi zgłoskami w historii polskiego sportu. Każdemu medaliści gratuluję i chylę czoła, przed hektolitrami potu wylanymi na treningach. Powiedzmy jednak szczerze, dziesięć medali to wynik znacznie poniżej naszych oczekiwań.
REKLAMA
I poniżej możliwości 38-milionowego społeczeństwa. W Londynie do rozdania były 302 zestawy medali. Jeśli dodamy, że w niektórych konkurencja rozdaje się po dwa medale brązowe to ich liczba zbliża się do tysiąca. Dziesięć medali w tym kontekście wygląda skromnie.
Nie porównujmy się do olimpijskich potęg: Stanów Zjednoczonych, Chin, Wielkiej Brytanii, Rosji. Spójrzmy na państwa naszego regionu. Węgrzy zdobyli 17 medali, w tym 8 złotych. Ukraińcy 20 medali, w tym 6 złotych. Czesi też 10 medali, ale 3 złote. Przed nami w klasyfikacji medalowej jest też Białoruś, Chorwacja, Rumunia. Kazachstan z siedmioma złotymi medalami nas deklasuje. O włos wygraliśmy z trzymilionową Litwą… Nasze miejsce w klasyfikacji medalowej dzielimy z Azerbejdżanem. Bardzo szanuję azerskich zapaśników, ale nasz potencjał i tradycje są znacznie większe…
Najsmutniejsze w występie naszych reprezentantów jest to, że nie bili rekordów życiowych. A przecież w sporcie najważniejsze jest to, aby pokonać samego siebie. Gdyby jakiś sportowiec zajął siódme, czy jedenaste miejsce, ale zrobił nową życiówkę, to nikt nie miałby do niego pretensji. Rekordów życiowych, szczególnie w pływaniu i lekkiej atletyce, było jak ja lekarstwo. A przecież cały cykl przygotowań powinien być tak skonstruowany, aby życiową formę osiągnąć na najważniejszej imprezie czterolecia. Tych, którzy z formą trafili można wyliczyć na palcach. Tych, którzy nie trafili jest znacznie więcej.
Niestety polska sportowa piramida wydaje się być postawiona na głowie. Klub Londyn 2012 działał i sportowcom niczego nie brakowało. PKOl zdał egzamin na tym polu niemal celująco. Jednak sport masowy – ten najważniejszy! – cierpi jednak na wieczne niedofinansowanie. Zbigniew Boniek trafił tutaj w sedno: „Dzisiaj jest etap komercjalizacji wszystkiego, nawet kluby szkolące młodzież często skupiają się na tym, by rodzice zapłacili składki na czas. W moich czasach w klubie grało się za darmo, jeszcze dali trampki i koszulkę (…) Właśnie dzięki masowości, dzięki entuzjazmowi w uprawianiu sportu byliśmy mocni we wszystkich dyscyplinach…”. I dalej: „Skąd się wziął Deyna, Lato, Tomaszewski, skąd my się wzięliśmy? Z fajnych, normalnych, ale biednych rodzin, gra w piłkę nic nas nie kosztowała… Dzisiaj być może w ogóle byśmy nie grali”.
Zawsze mówiłem, że sport masowy jest receptą nie tylko na zdrowe ciało, ale i na zdrowe społeczeństwo. Nie ma lepszej metody na resocjalizację trudnej młodzieży niż bokserska salka i dobry trener z autorytetem. Poza Karoliną Michalczuk, na igrzyskach nie mieliśmy żadnego boksera. Na ulicach mamy ich aż nadto. To nie jest przypadek. To są naczynia połączone. Jak rząd przyoszczędzi na klubach sportowych, to społeczeństwo poniesie koszty gdzieś indziej. Cudu nie ma!
Sport masowy musi być wspierany przez państwo. Musi być dostępny dla wszystkich, niezależnie od miejsca zamieszkania i zasobności portfela rodziców.
Owszem są orliki, ale na igrzyskach mamy 26 dyscyplin, a nie tylko jedną! Takie programy powinny objąć co najmniej dyscyplin. Owszem w ostatnich latach w Polsce wyrastały baseny. Służą rekreacji – świetnie. Ale bardzo źle, że dla grup zawodniczych nie ma już dla nich miejsca. Dlaczego? Wróćmy do Bońka: komercjalizacja!
Niech Londyn będzie dla nas czerwonym światełkiem. Tak jak Brytyjczycy po Atlancie, siądźmy do stołu i porozmawiajmy jak zbudować wydolny i skuteczny system stawiający na rozwój sportu masowego. Tylko on zapewni nam w przyszłości medalowe żniwa na igrzyskach.
