Janusz Palikot i Leszek Miller dyskutują w mediach o przyszłości lewicy. Media z tej dyskusji najchętniej wychwytują grepsy i drobne złośliwości. Najwyższy czas tę dyskusję przenieść na poziom programowy. Zapraszam do zapoznania się z moimi propozycjami i – przede wszystkim – zapraszam do dyskusji.

REKLAMA
Zachód nad Wisłą
Świadomością Polaków rządzą dwie prawicowe wizje życia społecznego. PiS-owska wizja państwa muskularnego i represyjnego oraz propagowana przez PO wizja państwa minimum. Ruch Palikota koncepcję państwa minimum wzbogaca o elementy antyklerykalne. W kwestiach zasadniczych na dziś większych różnic nie widać. Podczas dwóch lat rządów PiS wizja państwa represyjnego została trwale skompromitowana. Nie widzę więc sensu by z nią polemizować. Z IV RP nie należy polemizować, lecz likwidować odziedziczone po niej instytucje.
Intelektualnym wyzwaniem dla lewicy powinno być zmierzenie się z bliską Platformie koncepcja państwa minimum. Koncepcją piękną w teorii, ale nie w praktyce. Państwo liberalne jest nieprzyjazne i źle się w nim żyje. Zarówno tym mniej zasobnym, jak i tym bogatym. To korki w drodze do pracy zamiast sprawnej komunikacji miejskiej, to drogie wizyty w prywatnych gabinetach lekarskich zamiast publicznej służby zdrowia, to prywatna edukacja, to armia ochroniarzy strzegąca zamknięte osiedla zamiast sprawnej policji. Takie państwo Polacy odrzucają. Głosują nogami wybierając emigrację.
Państwo usług publicznych
Po dwudziestu latach transformacji i sześciu latach rządów PiS i PO lewica w myśleniu o państwie powinna zdecydować się na reset. Obecne państwo jest jak źle remontowany stary samochód – z wciąż wychodzącymi defektami. Każda naprawa jest kosztowna, a żadna z nich nie przynosi spodziewanego efektu. Może więc czas pomyśleć o nowym?
Kluczowym pojęciem przy projektowaniu nowego ładu powinny być usługi publiczne. Jestem przekonany, że tylko wysokiej jakości usługi publiczne są w stanie zmienić polską strukturę społeczną, polską mentalność, polskie przyzwyczajenia. I w efekcie zmniejszyć rażące dysproporcje w poziomach życia między Polakami. Jakie usługi publiczne? Przede wszystkim związane z edukacją, będące najlepszą inwestycją w naszą wspólną przyszłą pomyślność. Ale również te związane z przeciwdziałaniem wykluczenia czterech milionów polskich niepełnosprawnych, czy z zapewnieniem godnej starości osobom, które przez kilkadziesiąt lat na tę pomyślność pracowały.
Co rozumiem mówiąc, że Polska powinna być krajem nowoczesnych usług publicznych? Rozwiązywanie ludzkich problemów. W 2010 roku 440 tysięcy dzieci nie poszło do przedszkoli. W Warszawie podczas zapisów mają miejsce dantejskie sceny. Z drugiej strony tylko co trzecie dziecko wiejskie uczy się w przedszkolu. Problem jest więc powszechny. Aby go rozwiązać zadajmy sobie pytanie, dlaczego wszystkie sześcio-, czy siedmiolatki mogą chodzić do szkół, a czterolatki nie mogą chodzić do przedszkoli? Bo edukacja od podstawówki wzwyż jest finansowana z budżetu państwa za pomocą pieniędzy przekazywanych samorządom w postaci subwencji oświatowej. Przedszkola są finansowane ze środków własnych samorządów. Gdy państwo zrzeka się finansowania usług publicznych skutki są opłakane. SLD od wielu lat postuluje objęcie edukacji przedszkolnej finansowaniem z subwencji oświatowej. Tak aby nauka w przedszkolu była taką samą oczywistością, jak w podstawówce. W Europie to przecież „oczywista oczywistość”. W Polsce podobnie rozumuje Związek Nauczycielstwa Polskiego, który prowadzi obecnie kampanię społeczną na rzecz finansowania edukacji przedszkolnej z budżetu. To znacznie lepsze rozwiązanie niż przeprowadzona przez PO ustawa żłobkowa, która pomimo kilku rozsądnych rozwiązań zaowocowała w wielu miastach gigantycznym wzrostem opłat za żłobki.
Skąd wziąć na proponowane prze ze mnie rozwiązania? Wróćmy do resetu polityki społecznej. Zastanówmy się czy takie rozwiązania, jak becikowe – z pewnością efektowne – są również efektywne. Czy ulga prorodzinna jest najefektywniejszym sposobem wsparcia rodzin z dziećmi? Wszak, nie korzystają z niej ci, którzy nie płacą podatku PIT, w większości rolnicy, często z trudem wiążący koniec z końcem oraz osoby bezrobotne. W sumie około 3,5 mln rodzin! Gdyby ją przemodelować, ograniczyć, bądź nawet zlikwidować państwo miałoby pieniądze na przedszkola dla wszystkich potrzebujących. I jeszcze by wystarczyło na stypendia, podręczniki i zajęcia pozalekcyjne dla uczniów podstawówek, gimnazjów i szkół ponadgimnazjalnych . Oto więc wybór przed którym stoimy: albo mamy państwo, które funduje części społeczeństwa ulgę prorodzinną, w wysokości 1145 zł na jedno dziecko rocznie, co pozwala na opłacenie jednego, dwóch miesięcy pobytu dziecka w prywatnym przedszkolu, albo rezygnujemy z ulgi, ale w zamian mamy bezpłatne przedszkola dla wszystkich.
Swego czasu światowe media obiegła informacja, że państwo Obama zapłacili 1,8 mln dolarów podatku. Według stawki 32-procentowej. Prawie, jak w Polsce – można by skomentować. Najpierw jednak trzeba dodać, że w Ameryce w najwyższej grupie podatkowej jest 35 proc. podatników, w Polsce ok. 1,5 proc. „Prawie” robi więc wielką różnicę. Pracę nad reformą podatków zacznijmy od dostosowania skali podatkowej i kwot wolnych od podatku do rozwarstwienia polskiego społeczeństwa. Tak ażeby poszczególne grupy podatkowe odpowiadały poszczególnym warstwom społeczeństwa. Tak jak jest Stanach Zjednoczonych czy państwach Europy Zachodniej.
Dzisiaj podnosząc VAT rząd szuka pieniędzy na załatanie dziury budżetowej w kieszeniach polskich rodzin, przede wszystkim tych o średnich i niskich dochodach. Czy nie lepiej rozważyć przywrócenie 40-procentowego progu PIT dla osób o najwyższych dochodach? Może wprowadzić jeszcze jedną jeszcze wyższą stawkę? Jednocześnie obniżając stawkę najniższą z 18 do 15 proc. a średnią z 32 do 30? Wówczas tylko skrajni cynicy zarzucą lewicy, że „podnosimy podatki”. Gdy PO podnosi VAT a PiS chlubi się radykalną obniżką podatków dla najbogatszych lewica musi przedstawić spójny i konkurencyjny projekt reformy podatków. Polityka makroekonomiczna musi być nastawiona na wzrost gospodarczy, ale także na zapewnienie wysokiego i sprawiedliwego poziomu wpływów do budżetu, które pozwolą finansować nie tylko usługi publiczne, ale również bodźce rozwojowe dla całej gospodarki.
Odbudowy wymaga też służba zdrowia. Doskonale wiem, że to temat-rzeka, że kłopoty z publiczną służba zdrowia ma i Francja, i Niemcy, i Wielka Brytania. Ale wiem też, że nie działa ona dobrze i w Stanach Zjednoczonych, gdzie funkcjonuje na komercyjnych zasadach. Stąd ostatnie reforma prezydenta Obamy. Odrobienie amerykańskiej lekcji oznacza, że musimy przede wszystkim wystrzegać się wpadnięcia w pułapkę nastawionym na zysk korporacjom. Wówczas bowiem nigdy nie wydostaniemy się ze spirali rosnących kosztów. Na pewno też w złą stronę poszedł rząd uchwalając ustawę, która doprowadzi do przekształcenia szpitali w spółki prawa handlowego, czyli działające w imię zysku. Dla mnie szpitale powinny leczyć ludzi a nie działać dla zysku. Dlatego za nieporównanie lepszą uważam propozycję Marka Balickiego, który jako minister zdrowia chciał przekształcać szpitale w Spółki Użyteczności Publicznej.
Jednym z najsmutniejszych zjawisk związanych z ochroną zdrowia jest widok emerytów odchodzących od aptecznego okienka nie wykupiwszy przepisanych przez lekarza leków. Chcąc przeciwdziałać biedzie wśród osób starszych, posłowie Klubu Polskiego Lewicy złożyli do laski marszałkowskiej projekt wprowadzający emeryturę minimalną stanowiącą docelowo 50 proc. średniego świadczenia emerytalnego. Rozwiązanie to umożliwi sprawiedliwą waloryzację, na której najbardziej będą korzystać osoby dostające najniższe emerytury. Jednocześnie lewica musi być otwarta na rzetelną rozmowę na temat podniesienia wieku emerytalnego obu płci. Nie można również uchylać się od reformy mundurówek, obejmującej rzecz jasna osoby dopiero rozpoczynającej służbę. Praw nabytych ruszać nie należy.
Analogiczny projekt ustawy złożyliśmy w odniesieniu do minimalnego wynagrodzenia za pracę. Uważamy, że powinno ono wynosić 50 proc. średniego wynagrodzenia. Nie znaczy to, że chcemy płacę minimalną podnosić z dnia na dzień. Chodzi o wskazanie kierunku, w którym powinniśmy zmierzać. Dzisiaj widzimy, że wzrost oparty na niskich płacach nie przyniesie modernizacji, a tylko utrwali peryferyjną pozycję Polski w ramach gospodarki Unii Europejskiej.
Duch równości

Wszystkie powyższe rozwiązania służą zmniejszeniu dysproporcji w dochodach i poziomie życia Polaków. Przez 20 lat wmawiano nam, że wzrost rozwarstwienia społecznego otrzymujemy w pakiecie ze wzrostem gospodarczym. Dzisiaj wiemy, że jest przeciwnie. Rozwarstwione społeczeństwo nie jest efektem, lecz barierą rozwoju. Na Zachodzie intelektualny klimat przeorała książka Kate Pickett i Richarda Wilkinsona. Podtytuł tej wydanej niedawno również po polsku książki brzmi „Tam gdzie panuje równość wszystkim żyje się lepiej”. Autorzy na gigantycznym materiale empirycznym wykazali, że w społeczeństwach, w których rozwarstwienie społeczne jest relatywnie niewielkie panuje wyższy poziom zaufania społecznego, jest mniej ciąż wśród nastolatek, ba, ludzie po prostu żyją dłużej!
Powiedzmy jednak szczerze, że młodych ludzi niewiele obchodzi szacowana długość życia. Interesuje ich tu i teraz. A przede wszystkim, to aby tu i teraz mieli pracę zapewniającą im godny start w dorosłe życie. Plagą młodego pokolenia stały się umowy śmieciowe. Jeśli chodzi o umowy na czas określony to należy na stałe wprowadzić zasadę, że mogą być one podpisywane na maksimum dwa lata, jak w 2009 roku umówiły się związki, pracodawcy i rząd w tzw. pakcie antykryzysowym. Jeśli chodzi o umowy cywilnoprawne to państwo powinno restrykcyjnie stosować art. 22 Kodeksu Pracy, którym w jednym z paragrafów, mówi, iż „Nie jest dopuszczalne zastąpienie umowy o pracę umową cywilnoprawną przy zachowaniu warunków wykonywania pracy”. To prawo należy egzekwować.
Nie bać się innowacyjności
Na pytanie „w co inwestować?” odpowiedzi udziela nowa unijna strategia „Europa 2020”. Brzmi ona: w społeczeństwo i w innowacyjność. Tego drugiego pojęcia nie możemy bać się niczym diabeł świeconej wody. Owszem warunkiem rozwoju Polski jest budowa nowoczesnej infrastruktury: dróg, szybkich kolei, światłowodów. Ale szansą na autentyczną modernizację jest właśnie innowacyjność. Ażeby tę szansę wykorzystać musimy najpierw zainwestować – i to wyłożone z własnej kieszeni pieniądze. W oparciu o środki budżetowego musimy zwiększać wydatki na badania i rozwój, które są bardzo dalekie od postulowanych w strategii 3 proc. PKB. Jeśli nic w tej sprawie nie zrobimy sami to pozostanie nam tylko narzekanie na „spisek starej Unii”, która pod płaszczykiem promowania innowacyjności chce stłamsić „nową Europę”.
Strategia „Europa 2020” zastąpiła Strategię Lizbońską. Od swojej słynnej poprzedniczki różni się miedzy innymi docenieniem znaczenia problemu ubóstwa. Strategia „Europa 2020” stawia jasny cel: ograniczenie liczby Europejczyków żyjących poniżej krajowej granicy ubóstwa o 25 proc., co wymaga wydobycia z ubóstwa liczby 20 mln Europejczyków. Proporcjonalnie na Polskę przypada zadanie wydobycia z biedy 600 tys. obywateli. Czy rząd myśli, jak to zrobić?
Konstytucyjna kropka nad i
W ostatnich kilkunastu miesiącach doszło do istotnego politycznego przełomu w kwestii postrzegania stosunków Państwo-Kościół. Jego symptomem jest wywiad jakiego prezydent Bronisław Komorowski udzielił „Polityce” w maju br. Jeszcze kilka lat temu zapytany o konieczność dyskusji na temat relacji Państwo-Kościół w kontekście neutralności światopoglądowej państwa odpowiedziałby zapewne, że „nie należy rozpoczynać wojny z Kościołem”. Dzisiaj odpowiada: „Ta dyskusja już jest otwarta, toczy się (…) Nikt tej dyskusji już nie przerwie i będzie ona dotyczyła bardzo wielu spraw, nie tylko obecności krzyża w sferze publicznej”. Ta zmiana tonu nie jest przypadkiem. Wywalczyły ją tysiące osób, które zebrały się podczas wieczornych demonstracji pod Pałacem Prezydenckim. Przez kilka miesięcy otwartą pozostawała kwestia, kto stanie na czele ruchu na rzecz świeckiego państwa. Dzisiaj już znamy odpowiedź.
Obecna powyborcza sytuacja w niczym nie unieważnia potrzeby dyskusji nad przepisami Konstytucji regulującymi relacje między władzami państwowymi. Przeciwnie, wiele wskazuje na to, że otwiera ją na nowo. Lewica była i jest strażnikiem Konstytucji. Nie może jednak nie dostrzegać, że rzeczywistość ulega zmianie – i to co dobrze służyło przez 15 lat, dziś staje się archaiczne.
W sporze konstytucyjnym najwięcej emocji budzi prezydenckie weto, będące w intencji twórców konstytucji swego rodzaju hamulcem bezpieczeństwa, chroniącym nas przed nieprzemyślanymi rządowymi inicjatywami. Ten hamulec był instrumentem pożytecznym, ale czy jest nadal? Czasy się zmieniły. Rządy postępują roztropniej.
Skoro tak, to możemy pozwolić sobie zmianę naszego systemu politycznego w stronę systemu parlamentarno-gabinetowego, czyli wzmocnienia pozycji premiera. To zmieniłoby perspektywę polskiej polityki. Prezydent nie mógłby podstawiać nogi premierowi. Premier miałby rozwiązane ręce. I nie miałby łatwej wymówki, że coś chce, ale prezydent mu przeszkadza. Obywatele nie mieliby wątpliwości komu wystawić wyborczy rachunek. Konsekwencją takiej zmiany pozycji prezydenta byłoby powierzenie jego wyboru Zgromadzeniu Narodowemu. Lewica nie może zrezygnować ze swojego postulaty likwidacji Senatu. W obecnym Sejmie partie popierające takie rozwiązanie mają większość, nie jest to jednak większość konstytucyjna. Dlatego drugim rozważanym wariantem byłoby przekształcenie Senatu w izbę samorządową.