Przynajmniej nie oszukujmy się. Awantura wokół “Golgota Picnic” nie dotyczy granic wolności słowa w konfrontacji z poszanowaniem uczuć religijnych innych ludzi.
REKLAMA
Nie ma obrazy, jeśli tak łatwo jej z góry uniknąć, nie idąc do teatru, gdy z góry wiadomo że sztuka może mnie zrani㏠albo do muzeum, gdzie wiem, że dzieło mnie zgorszy, albo na koncert, gdzie wiem, że artysta mnie oburzy. Obraza, zgorszenie, pogwałcenie uczuć występują, gdy jestem zaatakowany przez obrazy, słowa lub zachowania, których nie mogę łatwo uniknąć.
Chodzi o coś innego. Po pierwsze - o mobilizację społeczną. Środowiska fundamentalistyczne mobilizują się w obliczu wydarzeń, takich jak „Golgota Picnic” albo występy jakiegoś "satanisty". Są one ważną racją ich istnienia jako zwartych grup tożsamościowych: poszukują powodów dla oburzenia i poczucia wiktymizacji; uwielbiają się czuć ofiarą, gdyż nadaje to im poczucia godności i daje sztandar kolektywnej tożsamości. Nic nie spaja tak dobrze, jak poczucie prześladowania. Fundamentalistyczni politycy, działacze społeczni i publicyści poszukują więc z wielką gorliwością wszystkiego, czym można by się oburzyć.
Drugi aspekt awantury wobec „Golgoty” to kolejna próba narzucenia ideologicznej ortodoksji, wykluczającej istnienie w przestrzeni publicznej poglądów nieakceptowanych przez fundamentalistów. Nie chodzi tu o obronę przed poglądami sobie niemiłymi, ale wprost o to, by tych innych poglądów nie było w publicznej strefie. By ich nie można było wypowiedzieć, by nie można było ich publicznie artykułować i bronić. Tkwi za tym w istocie głębokie przekonanie o słabości własnego światopoglądu, jeśli tak łatwo może być on podważony przez grupkę artystów, występujących przed grupką widzów, którzy przewidując co zobaczą, dobrowolnie kupili bilety.
Po trzecie wreszcie – chodzi o zastraszenie. O naprężenie muskułów. O pokazanie swym oponentom: patrzcie, możemy was zakrzyczeć, zastraszyć, przepędzić – a państwo jest słabiutkie, nic nam nie zrobi, schowa się za węgłem. Na tym tle widać szczególną bezczelność i butę takich ludzi jak Tomasz Terlikowski, którzy rozkręciwszy najpierw kampanię zastraszania, potem upokarzają artystów, że są cieniasami i tchórzami. To rechot mięśniaka, który wie, że wygrał ze słabeuszem.
Ale myli się. John Stuart Mill pisał, że mamy tendencję do uważania za niestosowne lub obraźliwe wypowiedzi, które wyrażają niemiłe dla nas treści, z którymi łatwo nie potrafimy sobie dać rady. Człowiek przekonany o swej racji nie domaga się cenzury dla racji przeciwnych. Może to jest dla nas, liberałów, jakiś pozytywny wydźwięk całej tej awantury.
