Groteskowy charakter największej polskiej partii opozycyjnej, a co za tym idzie, także polskiej polityki (bo nie jest ona, nieszczęsna, odporna na dziwactwa opozycji), ukazuje dziś się z pełną mocą.
REKLAMA
Po latach sugestii, insynuacji i podejrzeń, chytrze sączonych do dyskursu publicznego, że wybory były niewiarygodne, bo “ruskie serwery”, bo PKW to “leśne dziadki”, bo matactwa w obliczaniu, bo fałszowanie kart przez dopisywnie krzyżyków, przemyślnie umieszczonych na paluszkach itp itd, przyszedł moment, gdy partia Jarosława Kaczyńskiego zdobyła najprawdopodobniej wiekszość. (Nie mówię “wygrała”, bo w wyborach samorządowych, z natury swojej zdecentralizowanych, nie ma jednego “zwycięzcy” w skali kraju). Ale teza o fałszowanych na szkodę PiS-u wyborach ostała się z rozpędu – i wyszło na to, że - jak krótko to podsumowała Ewa Siedlecka w dzień po wyborach, „Prawo i Sprawiedliwość wygrało sfałszowane wybory”.
Najwyraźniej Jarosław Kaczyński, przyzwyczajony do wygodnych dla siebie marginalnych porażek, nie był przygotowany na taki obrót rzeczy albo nie pojął znaczenia zupełnie nowej dla siebie sytuacji. W logice tradycyjnej, zero-jedynkowej, alternatywa byłaby dość jasna: albo wybory były OK i jesteśmy wdzięczni polskiemu spoleczenstwu, że na nas w swej większosci glosowalo, albo: wybory byly niewiarygodne i nie wiemy, kto wygrał.
Sa jednak także logiki alternatywne wobec tradycyjnej, a wśród nich prominentną pozycję zajmuje logika PiS-owska. Zgodnie z nią, jeśli po sprawdzeniu i wyjaśnieniu wszelkich technicznych zastrzeżeń, związanych z informatycznym systemem PKW, i ewentualnie po ponownym obliczeniu głosów (bo, zauważmy: te karty do głosowania nadal istnieją, ponowne przeliczenie jest prostym zabiegiem, nawet jeśli może zabrać sporo czasu, jak niegdyś na Florydzie…), okaże się, że wygrał jednak PiS – to wybory były rzetelne. Jeśli jednak okaże się, że PiS nie wygrał, to znaczy, że wybory były sfałszowane.
Dokładnie taką “doktrynę” opartą na PiS-owskiej logice niearystotelesowskiej wyraża, na PiSowskim portalu wpolityce.pl tamtejszy mędrzec, Piotr Zaremba. Jesli po ostatecznym obliczeniu głosów okaże się, że PiS ma większość, tak jak w exit polls – siedziec cicho, jeśli nie – robić “polski Majdan”. Powie ktoś: Zaremba jest wyjątkowo niemądry. Pełna zgoda. Ale wyraża on dobrze, jak mi się wydaje, poglądy ludu PiS-owskiego, dla ktorego demokracja istnieje tylko o tyle, o ile daje władzę PiS-owi.
Gdybym miał coś doradzać Jarosławowi Kaczyńskiemu, co jest w zasadzie ostatnią rolą, jakiej chciałbym się podjąć, ale co jednak uczynię, bo Jarosław to moj stary (w każdym znaczeniu tego slowa) kolega, to najmocniej odradzałbym mu dążenie do ponownych wyborów. W moim przekonaniu, bedą one okazją dla tych zwolenników PO, a w każdym razie – oponentów PiS-u, którzy zlenili się 16 listopada, a już po wyborach zobaczyli, co się stało, by jednak pofatygować się do urn I zapobiec przewadze śmieszno-strasznej partii, jaką jest PiS. Partii, która np. już zdążyła zgłosić na kandydata na urząd Prezydenta Rzeczypospolitej Pana Nikt, który odznaczył się jak na razie wyłącznie gorliwą wiarą w zamach smoleński, a którego jedynym atutem jest przypadkowa zbieżność nazwiska z liderem związkowym.
