REKLAMA
W specyficznej sytuacji polskiej prezydentury, która dość paradoksalnie łączy duży mandat społeczny (opierający się na wyborach powszechnych i bezpośrednich) ze stosunkowo niewielkimi funkcjami formalnie przyznanymi temu urzędowi przez Konstytucję, szczególne znaczenie nabiera kwestia charakteru osoby pełniącej ten urząd. Już wyjaśniam.
Normalny schemat na świecie jest taki, że albo prezydent ma funkcje niewielkie i głównie reprezentacyjne, a legitymacja jest tylko pośrednia, świecąca światłem odbitym z parlamentu (Włochy, Niemcy, Węgry), albo legitymacja jest silna, oparta na wyborach bezpośrednich, ale zatem i władza prezydenta – potężna (USA, Rosja, Francja). U nas mamy do czynienia z hybrydą: duża legitymacja, a mała władza
Co z tego wynika? A no między innymi to, że Prezydent – choć nie ma wielkich uprawnień – jest uosobieniem aspiracji moralnych elektoratu: wciela te wartości i cechy, które wyborcy chcieliby może widzieć w sobie samych, choć wiedzą, że na co dzień nie dorastają do ideału. Skoro Prezydent nie ma wielkich funkcji konstytucyjnych, ale ma legitymację wyborów bezpośrednich, to przynajmniej niech będzie personifikacją tego, co w elektoracie najlepsze.
Po drugie, Prezydent jest też symbolem pewnego społecznego znaczenia, jakie w społeczeństwie aktualnie dominuje. Tak więc Wałęsa był symbolem przełomu demokratycznego, Kwaśniewski – ciągłości z przeszłością, także tą marną, Kaczyński – powrotu do wartości tradycyjnych i konserwatywnych, zaś Komorowski – etosu, symbolizowanego przez tradycję romantycznego skrzydła opozycji demokratycznej, a potem Unii Wolności.
Czego symbolem może być Andrzej Duda? Pytanie to, zadane na poważnie, musi doprowadzić do kłopotliwego milczenia, przerywanego co najwyżej nerwowym chrząkaniem, bo wiadomo, że nie jest on symbolem absolutnie niczego. Jarosław Kaczynski – o, to co innego. Można wyliczać rozmaite znaczenia tej kandydatury (której nie ma), jedne lepsze, inne gorsze. Ale Duda jest całkowicie bez-znaczeniowy. Nie ma w nim niczego, poza zabawnym podrygiwaniem w rytm muzyczki, którą akurat puścili zapatrzeni w Amerykę PR-owcy.
Zostaje więc kwestia charakteru. Wiemy doskonale, jaki charakter reprezentuje Komorowski. Są w nim marginalne aspekty, które budzą moje wątpliwości (te nieszczęsne polowania!), ale głęboko, po zeskrobaniu powierzchniowych cech (owa wujowatość czy poczciwość, często zresztą przesadzone) pozostaje zaświadczona życiorysem dzielność, odwaga i inteligencja.
A jaki charakter ma Andrzej Duda? Nie wątpię, że prywatnie może to być człowiek miły, inteligentny, życiowo zaradny. Ale publicznie pokazał się jak na razie wyłącznie jako lojalny urzędnik – lojalny do tego stopnia, że – pewno w przekonaniu, że tego właśnie od niego oczekiwano – gotów był przyjąć ekspertyzy przyniesione mu do biura przez prywatnego, pazernego lobbystę i przełożyć je na język dokumentu prezydenckiego. Czy taki rys charakteru – jak na razie główny, zademonstrowany przez Andrzeja Dudę w jego przed-kandydackim życiu politycznym – chcemy widzieć w osobie naszego przyszłego prezydenta?
To może już lepiej pójść tropem genialnej myśli, wyrażonej przez prof. Jadwigę Staniszkis, którą trawestuję tylko trochę (a którą opisałem w moim poprzednim wpisie na tym portalu): jak już ma być koniecznie Duda, to lepiej by to był Piotr. Przynajmniej wiadomo kim jest, o co mu chodzi, no i facet ma charakter.
Na szczęście nie jesteśmy skazani na tę alternatywę.
