REKLAMA
Gdy już ogłoszone zostaną wyniki w niedzielę wieczorem i okaże się, że nie będzie żadnej drugiej tury – usłyszymy od razu od przegranych i ich mediów, że cudy nad urną, że oszustwa, że stronnicze media, że dziennikarze znów niedobrze traktowali kandydata PiS. Nie szkodzi, to taki folklor.
Na czym opieram swoje przewidywanie, że Bronislaw Komorowski wygra już w pierwszej turze? Na bardzo prostym rachunku: liczbę ludzi głęboko sfrustrowanych, naiwnych ktorzy chętnie przyjmą każdą bzdurę i każdą obietnicę bez pokrycia, rozczarowanych demokracją lub nigdy jej nie lubiących, wreszcie – po prostu i zwyczajnie niemądrych, oceniam na nie więcej niż jakieś 25 procent. (Czynię tak, bo lubię mój naród, w innych krajach jest ich więcej). To za mało, by zablokować zwycięstwo Komorowskiego już w pierwszej turze.
Gdyby Kaczyński i Miller nie stchórzyli – sytuacja bylaby inna, bo mielibyśmy do czynienia z autentycznym starciem silnych osobowości, reprezentujących wiarygodnie trzy rożne wizje polityki. W sytuacji, w której mamy do czynienia z rywalizacją między prawdziwym politykiem, o dużym stażu i życiorysowo potwierdzoną dzielnością a trzecioligowym działaczem, wyciagniętym przez Jarosława trochę dla żartu a troche, by nie wzmacniać drugiej ligi partyjnej, zaś w tle – grono groźnych dziwolągów lub osób równie bezbarwnych jak Andrzej Duda, o żadnej poważnej rywalizacji politycznej mowy byc nie może. Jedyne, co może Komorowskiemu zaszkodzić, to upowszechnienie się gestu zgrywy, ale mam nadzieję, że w sumie niewielki procent wyborców zachowa sie tak mizernie. Myślę, że wyborcy raczej udzielą reprymendy liderom PiS, SLD I PSL, którzy tak podle zadrwili sobie z polskiej demokracji, wysyłając pacynki (w tym kandydatkę Diora) do boju wyborczego o urząd, reprezentujący majestat państwa.
“Udał nam się Duda” – mlasnął z ukontentowaniem Jaroslaw Kaczyński w niedawnym wywiadzie prasowym. Ten protekcjonalny ton, pasujący lepiej do przechwałki właściciela nowego pieska, który “udał się” swojemu panu, nieźle wskazuje na podmiotowość kandydata Andrzeja Dudy nawet we własnej partii.
A co, jeśli się okaże, że pierwszy w życiu pomyliłem się i że druga tura jednak będzie? Ujrzymy konfrontację między politykiem, mającym to, co się nazywa “gravitas”, czyli pewną wagę osobowości, a kandydatem, którego jedyne społecznie rozpoznawalne zetknięcie z wielką polityką polegalo na nie wyjaśnionym przez niego do dzisiaj uwikłaniu w największy przekręt w demokratycznej Rzeczypospolitej. Przygotowany przez prezydenckiego ministra Andrzeja Dudę wniosek do TK, napisany na podstawie bryku dostarczonego mu przez szefów SKOK-ów, odraczający kontrolę finansową nad patologiczną instytucją, pozwolił na wprowadzenie milionów do prywatnych kieszeni kilku pazernych misiów z Gdańska. Jedynym pozytywnym skutkiem drugiej tury będzie więc to, że Andrzej Duda, lekceważący dotychczas wezwania sejmowej podkomisji do złożenia wyjaśnień, będzie o to dopytywany.
Przypomnę jeden ciekawy szczegół, na wypadek gdyby pamięć zawiodla. Oto smaczny cytacik z orzeczenia Trybunału Konstytucyjnego z 2012 roku:
„Pierwotny wniosek Prezydenta (30 listopada 2009 r.) ujmował zarzuty dotyczące ustawy o skok z 2009 r. w trzech częściach. Dwie pierwsze części dotyczyły całości ustawy i przedstawiały zarzuty o charakterze proceduralnym oraz zarzuty dotyczące wprowadzenia przez ustawodawcę określonych mechanizmów. W trzeciej części wnioskodawca alternatywnie wobec żądania stwierdzenia niezgodności całej ustawy wymienił poszczególne artykuły, zgrupowane w 9 punktach zaskarżenia, które w jego opinii naruszają szereg przepisów konstytucyjnych”.
Wyjaśnienie dla nie-prawników. Przygotowany przez Andrzeja Dudę wniosek, o którym mówi ten cytat, a złożony w Trybunale formalnie przez Prezydenta Lecha Kaczyńskiego , domagał się był unieważnienia całej ustawy o SKOK-ach – czyli kontynuowania prawa do wolnej amerykanki, a dopiero na wypadek nieuwzględnienia tego ekstrawaganckiego żądania, idącego najbardziej na rękę władcy SKOK-ów, wymienił w 9 punktach przepisy do rozpatrzenia. Czas, jaki Trybunał musiał temu poświęcić, był na wagę złota. No, powiedzmy, kilkudziesięciu milionów.
Ciekawe, co dziś kandydat odpowie na pytanie o ocenę tamtego ruchu. Bo chyba nie: “Moje stanowisko jest zgodne ze stanowiskiem Episkopatu”, ta odpowiedź tu nie pasuje, to będzie do pytania o in vitro.