Najważniejszy przekaz, jaki należy zapamiętać po tych wyborach, a także stale do niego wracać, sprowadza się do liczby 47. Mniej więcej tyle procent głosujących chciało wybrać partie racjonalne, liberalne, pro-europejskie, niepopulistyczne i pro-modernizacyjne. 52 procent głosowało na PiS, Kukiza i Korwina.
REKLAMA
To bardzo ważne, bo przywraca proporcje w ocenie wyników (skądinąd, fatalnych) wyborów. Choć nasz system polityczny (i żaden demokrata nie można tego dziś w żaden sposób kwestionować) przełożył te 52 procent głosujących na pełnię władzy wykonawczej, to nie zapominajmy, że „mniejsza połowa” głosowała na partie, które pryncypialnie odrzucają nie-liberalne, ksenofobiczne, często rasistowskie szaleństwa PiSu i tych dwóch, jeszcze gorszych i głupszych ugrupowań. Choć niektóre z tych partii racjonalnych znalazły się poza parlamentem, to jednak nie oznacza to, że ich zwolennicy gdzieś przepadli w czarnej dziurze. Prawie co czwarty dorosły Polak, jakiego spotkamy, głosował na PO, Nowoczesną, PSL, ZL lub Razem, a co czwarty (no, minimalnie więcej) na PiS, Kukiza lub Korwina. Co drugi nie głosował w ogóle.
Jest nas wiec prawie połowa spośród głosujących. Jest „ich” trochę więcej niż połowa. Wynikają z tego pewne konsekwencje.
Po pierwsze: Polska jest bardzo głęboko podzielona: jest to głębszy podział niż między Republikanami i Demokratami w USA, między konserwatystami i laburzystami w Wielkiej Brytanii czy między chadekami a socjaldemokratami w Republice Federalnej. Z prostej logiki politycznej wynika, że przed wyborami, główne partie mają tendencje do wyolbrzymiania różnic je dzielących, a zaraz po wyborach, partia zwycięska ma bodźce by podkreślać swój ogólnonarodowy, integrujący charakter. Stąd słyszeć będziemy coraz więcej o ‘wspólnocie’ jaką chce budować PiS na spółkę z Prezydentem Dudą, tylko wredna opozycja im w tym przeszkadza. Nie dajmy się na to nabrać. „Wspólnota” Jarosława Kaczyńskiego i Andrzeja Dudy opiera się na pełnej afirmacji katolicyzmu i nauczania Kościoła Katolickiego, jako podstawy aksjologicznej: jest to więc ‘wspólnota’ wykluczająca nie-katolików i tych wszystkich, których dzisiejszy kościół nie lubi– czyli wewnętrzna sprzeczność. W społeczeństwie tak głęboko spolaryzowanym jak polskie, tylko wspólnota na bazie przyjęcia konstytucyjnych praw i wolności dla wszystkich, opartych na zasadzie tolerancji, może być afirmowana – a to jest właśnie odrzucane przez PiS, Kukiza i Korwina.
Po drugie, na Platformie ciąży dziś specjalna odpowiedzialność, jako na najważniejszej partii opozycyjnej. Musi być silną i dynamiczną opozycją – nie rozmemłaną, podzieloną na zwalczające się koterie i stale rozdrapującą własne rany. Jak to zrobi – nie mnie sugerować, bo nie jestem Platformianym insiderem. Ale musi punktować nowy rząd i Prezydenta na każdym kroku, patrząc im uważnie na ręce i nagłaśniając każdy krok w kierunku nieliberalnego ustroju. Nie ma niestety arytmetyki parlamentarnej pozwalającej na rządzący anty-PiSowski kordon sanitarny, ale nie może to oznaczać żadnej demobilizacji demokratyczno-liberalnej opozycji. Myślę, że PO musi wrócić do liberalnych korzeni i zerwać z pozornym i szkodliwym ekumenizmem, który skutkował letniością.
Po trzecie, musimy pamiętać i powtarzać sobie, ale także całemu światu, a już zwłaszcza Europie – Polska to nie Węgry. W Polsce prawie połowa wyborców głosowała na partie głęboko niechętne tzw. „Dobrej Zmianie” w wykonaniu PiS. W Polsce istnieją konstytucyjne umocowane instytucje, które mają chęć i możliwości przeciwstawienia się nieliberalnym pomysłom: TK, RPO, wolne i niezależne media (jeśli nie publiczne, na których PiS położy łapki, to prywatne), niezależni i odważni sędziowie, niezależne uniwersytety. Nawet jeśli zwyciężyła partia, dla której Orban był pozytywnym modelem, to prawie połowa zagłosowała przeciwko.
Ważne, by ta „mniejsza połowa” starała się przyciągnąć do siebie jak najwięcej z tej prawie połowy obywateli niegłosujących. Mamy na to cztery lata.
